Na łamach portalu Łosice.Info publikujemy artykuł Marka Jerzmana, który przybliża postać ks. Prałata Aleksandra Kucharczuka – jednego z uczniów, którzy 15 września 1944 roku rozpoczęli naukę w Miejskim Gimnazjum Samorządowym w Łosicach. Autor w fascynujący sposób przedstawia wspomnienia Prałata, malując obraz codziennego życia wsi Czuchleby przed i w trakcie II wojny światowej. Zachęcamy do lektury wyjątkowego tekstu, który odkrywa mało znane historie regionu i przybliża bogatą przeszłość lokalnej społeczności.
Aleksander Kucharczuk był jednym z uczniów, którzy 15 września 1944 r. rozpoczęli naukę w nowym Miejskim Gimnazjum Samorządowym w Łosicach.

Fot. MJ, Ks. prałat Aleksander Kucharczuk.
Urodziłem się w Czuchlebach 15.10.1928 r., ojciec Jan był rolnikiem, miał 15 - ha gospodarstwo, czyli, jak na ówczesne lata, był dość zamożny. Miałem liczne rodzeństwo: 5 braci i 3 siostry, ale 3 dzieci zmarło. Mój tata Jan, rocznik 1901, był wykształcony, bo jeszcze za cara skończył 4 klasy w szkole w Czuchlebach. W naszej wsi, oprócz taty, tylko Szymon Prokopiuk skończył 4 klasy. To była szkoła ruska i z 15 chłopców tylko 2 mogło iść do szkoły. Wszystkie lekcje były po rusku i modlitwy też, tata dopiero potem nauczył się czytać po polsku.
W naszym gospodarstwie były 4 konie, 4 krowy, świnie, owce, kury, uprawialiśmy koniczynę, łubin. Wszystko było zdrowe, dzisiaj mówi się ekologiczne. Ziemia w okolicy Czuchleb jest dobra, każdy gospodarz nawoził ją obornikiem. Wieś była samowystarczalna, jeśli chodzi o żywność.
A dzisiaj wszystko jest inaczej, mieszkańcy wsi codziennie jeżdżą do miasta do sklepu po chleb, masło, śmietanę, warzywa, jajka, mięso.
Przed wojną na naszym terenie tylko w Łosicach i Sarnakach były 7-klasowe szkoły. W Czuchlebach była szkoła 4-klasowa, a w Górkach szkoła 6-klasowa.
Najstarszy brat nie dostał się do Górek, siostra też się nie dostała. Moja szkoła w Czuchlebach była w wynajętej izbie w jednym z domów. W izbie były ławki i tablica. Jeden nauczyciel prowadził zajęcia ze wszystkimi klasami. Klasy 1 i 2 miały ciche zajęcia, coś czytali, a z klasami 3 i 4 nauczyciel prowadził lekcję, tłumaczył nowy temat.
Pamiętam naszego nauczyciela: Sawicki Jan z Siemiatycz, rosły mężczyzna, który przyjeżdżał pociągiem do Platerowa w niedzielę po południu, a wyjeżdżał w sobotę po lekcjach. W 1 klasie pisaliśmy ołówkiem, a potem piórem, zeszyty można było kupić w szkole.
Codziennie lekcje zaczynaliśmy modlitwą: Duchu święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym. Przez Chrystusa Pana naszego Amen.
Do szkoły chodziliśmy boso, od wiosny, gdy było już ciepło, aż do jesieni. Do kościoła w Górkach też chodziło się boso z sandałami w ręku. Przed Górkami, przy mostku w rzeczce, myło się nogi i wkładało sandały.
Przez Czuchleby przepływa rzeczka Kałuża, a za lasem jest druga, obie wpadają do Tocznej.
- Ileż tam było kiełbi i piskorzy – wspomina prałat Kucharczuk. Mieliśmy kaczki i mama często wysyłała nas z koszykiem na ryby. W tej rzeczce kolebką, czyli koszykiem, łapaliśmy małe kiełbie dla kaczek – tłumaczy.
W wolny czas grało się w pikora, w palanta, było toczenie krążka na wyścigi. Latem kąpaliśmy się w rzeczce i na stawach w Woźnikach, które należały do hrabiego Ostrowskiego. Było gwarnie i wesoło. W każdym domu było 4-5 dzieci. Zimą szło się na sanki i na łyżwy, robione z rączek od wiader. - Tak się jeżdziło! - mówi z radością prałat Kucharczuk.
W Woźnikach były też 3-4 czworaki z czerwonej cegły, dla pracowników folwarku. Dlaczego czworaki? W budynku był korytarz i 4 mieszkania, które składały się się z kuchni i pokoju, podłoga była ceglasta.
Tutaj, gdzie jest Polfer, była gorzelnia, spichrz murowany, a w budynku od drogi duża stajnia dla koni, zaś w głębi przy stawach, obory dla 200 – 300 krów. Administracja mieszkała w budynku, tutaj przy drodze. Jeszcze był majątek na Ludwinówce, ale w 1944 r. Niemcy mieli tam umocnienia i Sowieci artylerią zniszczyli domy, stajnie, obory. Dzisiaj nie ma śladu po Ludwinówce.
W 1911 r. całe Czuchleby się spaliły. Zostały odbudowane, lecz w nowej zabudowie była szeroka ulica, a budynki gospodarcze oddalone ok. 50 m od domu, a między nimi sady, porzeczki, agrest, wiśnie. I jak sad urósł, to pojawili się Żydzi:
- Panie Janie, ja kupię, albo wydzierżawię sad - proponowali. I dogadywali się, na lato stawiali budę w sadzie i Żyd ze swoimi dziećmi pilnowali, a potem zbierali owoce i sprzedawali w Łosicach.
- Ale te dwie jabłonki będą moje – zastrzegał gospodarz, pokazując drzewka, które sobie zostawił.
W Łosicach było dużo Żydów: trochę zamożnych, ale było też u nich dużo biedy. Nie szli jednak do pracy w polu w żniwa, nie chodzili też do pielenia buraków cukrowych, których dużo uprawiano w folwarku hrabiego Ostrowskiego w Woźnikach.
Żydzi handlowali. Zelman przyjeżdżał do wsi wozem i kupował cielaka, barana. Czasem gromadką latem w sobotę z Czuchleb biegaliśmy na lody do Łosic. Pieszo? No tak, 7 km, to przecież blisko. Lody takie w rożku kosztowały 2 gr i 5 gr. I należało uważać na Żydów, bo w sobotę pełno ich było. Wszyscy spacerowali tak, że trudno przejść chodnikiem.
- Nasze kamienice, wasze ulice – mówili. Nieraz i zatargi były, i musieliśmy uciekać, bo ich więcej było. I dopiero na mostku, przy obecnej targowicy na Bialskiej, przestawali nas gonić.
W środę ojciec jechał na targ do Łosic, na rogatkach stał Żyd: - Panie Janie, a co jest do sprzedania, a po ile u pana zboże? Panie Janie dam tyle, a tam na targu jest gorsza cena.
- Dodrze, dobrze – śmiał się ojciec i jechał na targ.
Przychodził do Chuchleb szewc: - Panie Janie, jest coś do roboty?
- Jankiel, daj spokój. Teraz żniwa są, my idziemy do roboty.
- Panie Janie, Jankiel nie będzie przeszkadzać we żniwa. Niech chłopcy przyniosą buty, tam może trzeba będzie żabki zmienić, podkówki zobaczyć, co by oni mogli jeździć na kantach po lodzie, może łatkę na podeszwie zrobić.
Usiadł pod jabłonką, wziął krzesło, wyjął z worka narzędzia i już miał warsztat….A po południu ojciec przyszedł z pola i pyta:
- Co to będzie kosztować?
- Panie Janie to nic nie będzie kosztować, niech pani Janowa cebuli coś da, jeszcze jakieś warzywo, trochę śmietany, może masła.
Jankiel zapakował wszystko i pomaszerował do Łosic, do dzieci. Pamiętam, że była taka historia: przyszli kupić dużego buhaja. Potargowali się, zapłacili, kupili, ale nie wzięli, bo było mocne zachmurzenie, zbierało się na wielką burzę. Przestraszyli się i zostawili buhaja. Mieli przyjść po 2 dniach, ale przyszli po 2 tygodniach.
- Dobrze, że przyszliście, ale trzeba jeszcze dopłacić za utrzymanie – rzekł ojciec.
- Panie Janie, pana ojciec, Aleksander, tak by nie powiedział.
- Powiedziałby, nie powiedział, ja mam wasze pieniądze i buhaja – opowiada prałat Kucharczuk i dodaje z uśmiechem: - Potem się godzili.
Czasem psikusa robili Żydowi. Jak który zimą przyjechał saniami na handel po południu, to uwiązał konia przy płocie i szedł na podwórko do gospodarza. Chłopcy odwiązali, wskakiwali na sanie i wio! Robili sobie kulig. Potem chłopcy wracają z sanny, a oburzony Żyd z batem:
- Co ty robisz? Co ty robisz?
Chłopcy go otoczyli i szturchają:
- No co? No co?
- Spokojnie, spokojnie - wsiadł na sanie i pojechał.
Szklarz z Łosic też nas odwiedzał. Nosił na plecach skrzynkę z szybami: małymi, dużymi.
- Czy jest coś do zrobienia?
- Jankiel, daj spokój, teraz lato, żniwa, tyle roboty.
- Jankiel nie będzie przeszkadzał. Trzeba co by ja zobaczył, a może nową szybę wstawić, bo nadpęknięta, a może zmienić kit, bo się wykruszył? Na zimę będzie jak znalazł.
Krawiec z Łosic też przychodził do wsi, to był fachowiec i zawsze coś miał do roboty.
1 września 1939 r. ojciec dostał wezwanie do wojska. Pojechałem z nim na rowerze do Platerowa. Pociąg stał na stacji, był pełen żołnierzy. Jedli śniadanie, a jeden rzekł do mnie: - Spróbuj żołnierskiego chleba.
Dał mi chleb i wędzoną słoninę. Pożegnałem się z ojcem, ucałowaliśmy się i pociąg pojechał do Brześcia. Miałem 11 lat, wróciłem rowerem, pod ramą.
Była pierwsza niedziela października, czyli odpust w Górkach, jak przyszli Sowieci. Zobaczyli leśnika Rzeszotka w mundurze, mieszkał w Falatyczach, przyszedł do kościoła - zastrzelili. Drugiemu chłopakowi zabrali buty na ulicy.
Mundury Sowietów były drelichowe, zasmolone, marnie wyglądali. Doszli do Siedlec i wrócili się, granicę zrobili na Bugu.
W Ruskowie w 1939 r., było kilku komunistów, którzy uwierzyli w bolszewicką propagandę. Przyszli Sowieci: maszerują przez wioskę, prowadzi ich młody mieszkaniec Ruskowa z czerwoną opaską. Idą do pamieszczika – dziedzica. Dom zamknięty, dziedzic Ignacy Humnicki z rodziną uciekli. Wywalili drzwi, weszli do środka. Wszystko rabują, wszystko niszczą. Była piękna, duża szafa, ale zamknięta. Jeden strzelił kilka razy, rozwalając drzwi. Potem wyjął z szafy ładną koszulę i podarł ją na kawałki.
- Co ty robisz? - spytał ten z opaską.
- Owijki będą z rubaszki pomieszczika – odpowiedział Sowiet. - Na nogi do butów.
Dali temu chłopakowi karabin i mieli jechać do Łysowa, robić rewolucję. Ten chłopak powiedział im, że musi iść na stronę. Poszedł w krzaki i uciekł przerażony tym, co zobaczył. Trzy dni siedział w lesie, bo Sowieci szukali.
- On mi to opowiadał, gdy po wojnie byłem na parafii w Ruskowie – mówi prałat Kucharczuk.
W 1939 r. Aleksander Kucharczuk skończył 4 klasę w Czuchlebach i jesienią zaczął chodzić do szkoły w Górkach. Był to początek okupacji niemieckiej. W 5 klasie w Górkach uczniowie korzystali jeszcze z polskich podręczników. Śpiewu uczył Pocheć Feliks, legionista. Gdy miał przyjść na lekcję, to uczniowie stali i patrzyli na klamkę, a gdy się poruszyła, to śpiewali: Raduje się serce, raduje się dusza, gdy I kadrowa na wojenkę rusza…
Jak było z dyscypliną w szkole?
Był słuch i porządek. Jak uczeń zrobił jakąś grandę, np. rozbił nos koledze, to pan Pocheć brał go do pokoiku nauczycielskiego, liznął ze trzy razy paskiem po tyłku, to było ciepło przez tydzień – śmieje się prałat Kucharczuk, wspominając szkolne lata.
W klasie 6 na jesieni 1940 r., uczniowie nadal używali polskich podręczników i dopiero pod koniec roku szkolnego Niemcy dostarczyli tzw. Stery, niemieckie podręczniki. Aby kontynuować naukę w gimnazjum, należało drugi rok chodzić do klasy 6.
- Ja nie chodziłem, zostałem w domu – mówi prałat Kucharczuk. Po ukończeniu niemieckiej szkoły pozostała mu pamiątka – świadectwo szkolne. - Niewiele było tej nauki, mieliśmy być niewolnikami III Rzeszy – dodaje.


Fot. Archiwum Rodziny. Świadectwo ukończenia przez Aleksandra Kucharczuka szkoły rolniczej w Górkach
Po pewnym czasie Aleksander Kucharczuk zaczął chodzić na tajne nauczanie w Górkach, rok szkolny 1943-1944. W sumie było ok. 20 uczniów na tajnych kompletach, uczyli się według programu 1 klasy gimnazjum. Historii uczyła pani Anna Ignaciuk, która miała męża komendanta policji w Hruszniewie, Krawczyk Jan był polonistą z Poznania, Tomczuk Jan uczył geografii, pan Szponar Feliks uczył matematyki, a jego małżonka biologii. Uczniowie płacili nauczycielom, przynosząc mleko, masło, ser. Uczyliśmy się z polskich podręczników, nielegalnych, które załatwiali nauczyciele.
- Jasne, że baliśmy się aresztowania, wywózki do obozu – mówi prałat Kucharczuk. Nauczanie było prowadzone w domu na uboczu wioski. Przez cały rok, gdy trwało tajne nauczanie, nie doszło do wpadki. W czasie okupacji do Górek docierała prasa podziemna - Biuletyn Informacyjny.

Fot. Archiwum Rodziny. Świadectwo ukończenia przez Aleksandra Kucharczuka 1 klasy gimazjum na tajnych kompletach w Górkach.
Przed atakiem na Rosję w czerwcu 1941 r. Niemcy zajęli szkołę i w kościele na wieży zrobili punkt obserwacyjny z radiostacją. To była jednostka lotnicza, kilku żołnierzy, którzy byli w Górkach do końca wojny. Był też w Górkach posterunek policji granatowej, bo to była gmina, a policjantów było dwóch. Jak Niemcy zajęli szkołę, to nauka była po domach.
Niemcy przyszli w 1939 r. i rozpoczęła się okupacja, to jeszcze żydowscy rzemieślnicy i handlarze chodzili po wioskach. Potem Niemcy zrobili getto w Łosicach (1 grudnia 1941 r.) i już byli zamknięci. Była zima, gdy Uszer przyszedł do ojca:
- Panie Janie, niedobrze u nas. Panie Janie, niedobrze.
Chciał coś kupić do jedzenia i tata naładował na wóz warzywa, mąkę, ziemniaki. Akurat kwaterowali żandarmi w kamienicy Wójcika na Bialskiej. Umówieni byliśmy, że jak dojedziemy na Bialską, to wóz zwolni i w czasie jazdy oni wszystko rozbiorą.
Przed Łosicami ojciec zsiadł z wozu i ja prowadziłem, bo chłopak mniej zwracał uwagę Niemców. Już na Bialskiej, zgodnie z umową, trochę zwolniłem i Żydzi szybko wybiegli z opłotków i raz, dwa wszystko zabrali z wozu. Gdyby Niemcy zatrzymali wóz, to miałem się tłumaczyć, że Żydzi mnie okradli.
Pamiętam, że za Niemca elegancki Żyd, krawiec z poznańskiego, chodził po wsi: 2-3 dni był u jednego gospodarza, potem u drugiego, szył i naprawiał ubrania. We wsi były ze dwie maszyny do szycia. U nas też był ze dwa dni. Ten krawiec nie był podobny do Żyda, dobrze mówił po polsku. Nie wiem, co się z nim stało.
We wsi było sporo zbiegłych jeńców sowieckich z obozu w Suchożebrach: Polacy, Łotysze, Ukraińcy, Kazachowie. Jak przyszli do domu, to drelichy od razu wrzucano do pieca i trzeba było dać cywilne ubranie. Mieli budę w lesie, czy w krzakach, ale przychodzili po jedzenie, a zimą ogrzać się przy piecu.
Chcieli na wschód, do swoich. Przeprawiali się przez Bug ciemną, deszczową nocą. Bug był strzezony przez Niemców. W wiosce przy rzece wyrywali drzwi ze stodoły i czepiali się, jak nie umieli pływać, sztachetami po cichu wiosłowali. Potem dalej szli na wschód, do Rodiny. Niektórzy wracali, bo nie dali rady przeprawić się przez rzekę.
Napisałem po wojnie list do jednego: Iwan Praslietow Prokofowicz, tambowska obłast, uwarowski rejon, Siełopawłowka. Tylko jedno zdanie: Czy Iwan wiernułsia damoj? Odpisali: Iwan nie wiernułsia.
Latem 1944 r. było “wyzwolenie”, ludzie cieszyli się, że już koniec wojny, ale do Sowietów i komuny odnosili się wrogo. Dlaczego? Przecież Sowiety napadli na nas w 1939 r., potem wymordowali naszych oficerów w Katyniu.
Jesienią 1944 r. nowa władza aresztowała na naszym terenie i wywiozła do Sowietów kilkadziesiąt osób w tym kilku nauczycieli: Feliksa Borucińskiego, kierownika szkoły w Niemojkach i oficera AK, który został wywieziony do łagru, gdzie zmarł. Romuald Mikoszewski, kierownik szkoły w Szpakach i członek AK, został wywieziony i zmarł w łagrze. Kolejnym aresztowanym był Józef Biernacki, nauczyciel z Hadynowa i oficer AK, wywieziony do łagru, wrócił po 4 latach.
- Pamięta prałat Józefa Pietruczuka, założyciela Gimnazjum w Łosicach?
- Człowiek niepotrzebnie przystąpił do komunistów, był upominany przez podziemie. Potem awansował, został burmistrzem. Pietruczuk został zastrzelony w styczniu 1945 r., jego córka została postrzelona, bo zasłaniała ojca. Potem zmarła.
Po wojnie w Łosicach powstało Miejskie Gimnazjum Ogólnokształcące - 15.09. 1944 r. Szkoła była w kamienicy Minca, Rynek 29. Po tajnym nauczaniu w Górkach miałem świadectwo ukończenia 1 klasy gimnazjum i poszedłem do 2 klasy gimnazjum. Latem dojeżdżałem rowerem, ale potem nadeszła zima i o kwatery w Łosicach było trudno. Ze dwa zimowe tygodnie mieszkałem z kolegą w kamienicy, naprzeciw poczty na Kościuszki. Pamiętam, że uczył mnie Wacław Henger - historyk.
A koledzy?
Janusz Wójcik syn aptekarza, Biernacki z Hadynowa, Soczewka Józef, pamiętam Romka, któryy został lekarzem, wcześnie zmarł. Religii uczył wikary Stanisław Idziak, pochodził z Czuchowa, proboszczem był wtedy ks. Zarębski.
Lekcje codziennie zaczynały się modlitwą: Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była pożytkiem dla nas w życiu doczesnym i wiecznym. Amen.
W tym czasie w Siedlcach zmarł Roman Krasiejko, nasz rodak, pochodził z Czuchleb, był nauczycielemn jeszcze za cara. Ojciec się dogadał z jego bratem i jeszcze przed Bożym Narodzeniem przeniosłem się do Siedlec do Gimnazjum im . Bolesława Prusa. Z Kazikiem Krasiejko z Czuchleb i Żukiem z Chotycz miałem kwaterę w mieszkaniu tego nauczyciela.
W Prusie skończyłem 2 kl. Gimnazjum, potem poszedłem do klasy 3 dla opóżnionych wiekiem. W ciągu roku zrobiłem dwie klasy: 3 i 4. W czasie okupacji skończyłem tylko jedną klasę.
Potem poszedłem go Biskupiaka, pełna nazwa - Prywatne Męskie Liceum Biskupie. W tej szkole w 1948 r. zrobiłem maturę, jeszcze na zasadach przedwojennych. Było nas 7, jeden kolega był po frontowej służbie.
- Tutaj była ta szkoła - prałat Kucharczuk stuka laską w podłogę, rozmawiamy w Domu Księdza Emeryta w Siedlcach na Kościuszki. Trzy lata po jego maturze komuniści zamknęli Biskupiaka.
Znałem Perycza z Chłopkowa, starego kawalerzystę z wojny w 1920 r. Miał 2 dorosłych synów i Wacka, kilka lat starszego ode mnie - on jeden uniknął aresztowania i przeżył. Stary Perycz od początku okupacji działał w podziemiu... W Siedlcach jest tablica pamiątkowa tuż obok Jacka, Piłsudskiego 7. Wśród nazwisk Polaków rozstrzelanych przez Niemców są tam: Perycz i jego dwóch synów. Mój nauczyciel Pocheć Feliks – komendant AK z Górek, także został aresztowany i rozstrzelany przez Niemców w 1943 r.. Jego nazwisko jest na tablicy pamiątkowej na Jacku, Piłsudskiego 1. Kilka razy czytałem nazwiska ludzi, których dobrze znałem i płakałem przed tą tablicą.
Mój nauczyciel Pocheć miał dwoje dzieci: córkę starszą ode mnie i syna Zbyszka, młodszego 2-3 lata. Na 30-lecie PRL jedna z koleżanek z Hruszniewa wpadła na pomysł zjazdu podziemnego gimnazjum w Górkach. Wszyscy byli obecni, cały komplet z tajnego nauczania – 18 osób, oprócz Zbyszka Pochecia.
Po morderstwie ks. Jerzego Popiełuszki przez SB – 19.10.1984 r. jakiś czas po tym, może kilka lat, słyszę w radiu, że: Zbigniew Pocheć został podniesiony do rangi generała w SB.(14.02.1989 r.) To było bardzo smutne.
W 1954 r. miałem święcenia kapłańskie. Jako wikary i potem proboszcz byłem na parafiach: Wargocin nad Wisłą, Rusków, Samogoszcz przy Maciejowicach, Sobienie Jeziory pod Otwockiem.
Miałem smutny zaszczyt brać udział w pogrzebie swojego nauczyciela. Krawczyka Jana z Poznania, który mieszkał w Siedlcach, to był wielki patriota. Drugi mój nauczyciel Tomczuk Jan też był zaangażowany w podziemie. Gdy jesienią 1944 r. rozpoczęły się masowe aresztowania ludzi z AK, to poszedł do wojska jako oficer. Zginął w czasie bitwy o Kołobrzeg.
Obecnie mam 94 lata, w październiku będzie 95. Jestem najstarszym księdzem w diecezji siedleckiej, to już 69 lat kapłaństwa.
Marek Jerzman
PS. Rozmawiałem z ks. prałatem Aleksandrem Kucharczukiem 22.02.2023 r. w Siedlcach, ks. prałat zmarł 4.02.2024 r., w wieku 95 lat.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze