Śladami „Stolarza” – wywiad z Stanisławem Stolarczykiem

1
775

Dzisiaj oddajemy naszym czytelnikom wywiad Marka Jerzmana ze Stanisławem Stolarczykiem – absolwentem łosickiego Liceum Ogólnokształcącego, podróżnikiem, badaczem śladów polskich w Kanadzie i dziennikarzem. Wywiad ukazał się drukiem w książce Marka Jerzmana pt. „Po drugiej stronie rzeki”.

Stolarz

Absolwent LO w Łosicach, z wykształcenia geolog, wykonywany zawód: dziennikarz – redaktor polonijnego czasopisma w Kanadzie, podróżnik i badacz polskich śladów w kraju pachnącym żywicą, autor kilkunastu książek, odznaczony Medalem Świętego Jana Pawła II.

Reklama

Wywiad ze Stanisławem Stolarczykiem.

— Ty jesteś „Stolarz”?

— … chyba tak, dawne to czasy.

— A „Balon”?

— Krzysiek Ostrowski.

— „Helo”?

— … nie pamiętam… chyba Heniek Zienkiewicz.

— No tak, minęło już trochę lat, a my rozmawiamy o absolwentach  LO z 1967 r. Jak wspominasz szkolne lata?

— Byliśmy ciekawi świata, dużo czytaliśmy, pożyczając sobie książki Arkadego Fidlera, Olgierda Budrewicza. Wtedy też ogromny wpływ na mnie i moich kolegów miało harcerstwo i książki o Szarych Szeregach” Aleksandra Kamińskiego: „Kamienie na szaniec”, „Zośka i Parasol”. Z tamtych czasów pamiętam moich kolegów-harcerzy ze szkoły podstawowej i później z liceum: Tomek Dobrowolski, Toniek Drabiński, Jurek Trochimiuk, z którym od szkoły podstawowej aż do matury siedziałem w jednej ławce. Mówi sie, że jeśli raz złożyło się przyrzeczenie harcerskie, to harcerzem jest się do końca życia. Może też dlatego w późniejszych latach, już po ukończeniu studiów, założyłem drużynę harcerską im. Jana Kajusa Andrzejewskiego, harcmistrza, dowódcy Oddziału Dywersji „Broda 53” Kedywu (Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej AK). Posiadał pseudonim „Kapitan Jan”, walczył w Powstaniu Warszawskim, był odznaczony Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, poległ w czasie przebicia ze Starówki do Śródmieścia 31 sierpnia 1944 r.

Drużynowy Stanisław Stolarczyk odbiera sztandar, pierwsze lata liceum 1963. 
[arch. S. Stolarczyka]

— Nie byłeś klasowym kujonem?

— Raczej nie. Wystarczyły, zresztą nie tylko mnie, ale i moim najbliższym kumplom, zajęcia lekcyjne w szkole. Przyznam szczerze, że tak zwane prace domowe odrabialiśmy na przysłowiowym kolanie, bo popołudniami były albo zbiórki harcerskie, albo treningi w siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną, był też boks, i bardzo wówczas modna kulturystyka. A do tego randki i pierwsze miłości… Nauka przychodziła nam dość łatwo. Nie, nie byliśmy jacyś tam szczególnie uzdolnieni. Teraz, po latach, stwierdzam, że największa w tym zasługa naszych nauczycieli, czyli Profesorów, przez duże „P” – jak się do nich zwracaliśmy. To byli nie tylko wybitni pedagodzy, ale i wychowawcy z wielką pasją, którzy kochali swój zawód. Przekazywali nam swoją wiedzę, ale nie tylko, bo zależało im także, abyśmy – jak to się powszechnie mawia – „wyszli na mądrych i wartościowych ludzi”. Wiele im zawdzięczam, i – jak dzisiaj patrzę przez pryzmat porównania, bo moi synowie Tomek i Michał ukończyli szkoły w Kanadzie i są po studiach: jeden jest programistą komputerowym, a drugi dziennikarzem w kanadyjskiej telewizji – to moi profesorowie byli z prawdziwego zdarzenia nauczycielami i wychowawcami, a nie tak jak w przypadku Kanady, li tylko szkolnymi urzędnikami, którzy po „odbębnieniu” kilku lekcji szli do domu i na tym kończyła się ich praca.

Trzej kumple: Zbyszek Zadrożniak, Stanisław Stolarczyk, Stanisław Jakubiak
[Arch. S. Stolarczyka]

— Po maturze poszedłeś na geologię na Uniwersytecie Warszawskim, zaskakując kolegów.

— To dzięki mojemu ówczesnemu wychowawcy panu Ignacemu Zawadzie. Przyznam, że geologia mnie fascynowała, ale nie do tego stopnia, abym zaczął pracować w tym zawodzie. Wydział Geologii ukończyłem, obroniłem pracę magisterską i… zostałem dziennikarzem.

— Wytłumacz to.

— W latach 60. aby zostać dziennikarzem, należało ukończyć dwuletnie studium dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim, a chcąc się starać na ten wydział musiałeś mieć tytuł magistra, a więc to „mgr” przed nazwiskiem. Nie było to takie proste: przeszło 20 kandydatów na jedno miejsce! Drugi sposób to rozpoczęcie współpracy z jedną czy też kilkoma gazetami na zasadzie „nie masz etatu, ale dobry tekst zamieścimy”. Wybrałem tę drugą drogę. Współpracę zacząłem z harcerską gazetą „Świat Młodych”

— A skąd ten pomysł na dziennikarstwo?

— Dzięki niezwyklej przychylności ówczesnego dyrektora LO pana Mariana Kwiatka, zaczęli przyjeżdżać do naszej szkoły dziennikarze ze studenckiego tygodnika „ITD”, często w towarzystwie jakiegoś aktora, pisarza, poety. To były niezwykle ciekawe i inspirujące spotkania. Potem czytaliśmy artykuły o spotkaniu z nami. Pamiętam, że „Balon” miał kiedyś zdjęcie w „ITD” i wszyscy mu zazdrościliśmy, że nie wspomnę o szaleństwie naszych koleżanek. I chyba wtedy to się zaczęło. Już będąc na geologii w Warszawie, kilka razy odwiedziłem ich redakcję. A poza tym te spotkania, to był dla nas, uczniów z małego miasteczka – wielki świat. I tak zaciągnęły mnie w świat dziennikarski.

— Studiowałeś geologię, jak było?

— To były bardzo ciekawe studia, z wakacyjnymi praktykami w górach, świetni kumple: taternicy, speleolodzy, wspaniali profesorowie, w tym legendarny polarnik Stefan Zbigniew Różycki, który nie widząc mnie kiedyś na zajęciach, zapytał:

— A gdzie jest pan Stolarczyk?

— W Tatrach! — odpowiedział zgodnie z prawdą jeden z moich kolegów.

 — W Tatrach — westchnął pan profesor i podszedł do okna za którym panoszyła się zima i padał gęsty śnieg. — W Tatrach… To co w takim razie państwo tu robicie?”

Stanisław Stolarczyk na szlaku pod Śnieżką, lata studiów
[Arch. S. Stolarczyka]

— Czyli nieźle się obijałeś?

— (uśmiech) Może to dziwnie zabrzmi, ale lata studiów były dla mnie poetycką kuźnią: czytałem Stachurę, Herberta, Nowaka, Harasymowicza, Różewicza. Fascynowałem się Studenckim Teatrem Satyryków, pisałem wiersze, opowiadania. Taka młodość: „chmurna i durna”.

— Spotykałeś kumpli z Łosic?

— Oczywiście, na pierwszym roku widywałem często Tońka Drabińskiego, który studiował prawo na UW, Jurek Trochimiuk był na Politechnice.

— Pamiętasz starszego o dwa lata Jerzego Geresza?

— Jurek w LO zajął II miejsce w Ogólnopolskiej Olimpiadzie z fizyki i potem studiował fizykę na UW. Mieszkaliśmy najpierw w jednym akademiku na Anielewicza, a później na Żwirki i Wigury. Jurek na pierwszym czy też drugim roku ukończył kurs wspinaczki. Pamiętam, jak trenował i demonstrował nam zjazdy na linie z kilku pięter akademika.

— W marcu 1968 r. przerwałeś studia?

— Dokładniej, to nie ja, ale ówczesna władza przerwała mi studia. Przypomnę, że 8 marca 1968 r. w Warszawie rozpoczęły się tzw. zajścia marcowe, które były studenckim protestem przeciwko wszechpanującej w kraju cenzurze, a co za tym idzie przeciwko ówczesnym komunistycznym władzom. Najpierw pod bramą UW na Krakowskim Przedmieściu, dostałem kilka razy milicyjną pałą. Potem udało mi się uciec na Wydział Geografii (budynek po lewej stronie bramy głównej UW) i rozpoczęliśmy strajk okupacyjny. A kiedy skończył się strajk, razem z kolegami za ostatnie pieniądze wykupywaliśmy z kiosku „Trybunę Ludu”, „Życie Warszawy”, a potem pod Politechniką paliliśmy ognisko, skandując: — Prasa kłamie! Prasa kłamie! Wtedy też zwątpiłem w uczciwość zawodu dziennikarza.

— Dlaczego?

— Czytałem o sobie i kolegach, że jesteśmy „warchoły”, „agenci imperializmu”, „bananowa młodzież”. Dotarł do mnie przekaz: tak funkcjonuje komunistyczna propaganda.

— I przestałeś marzyć o dziennikarstwie?

— Przynajmniej na kilka lat, bo razem z czwórką kolegów z Wydziału Geologii za uczestniczenie w strajku na UW zostaliśmy wyrzuceni ze studiów, jak to ładnie określono „relegowani”. Przyznam, że po tej decyzji najbardziej martwiłem się tym, jak pokazać się w Łosicach, bo przecież „ledwie zaczął studiować i już go wyrzucili” i jak wymigać się od wojska, bo zaraz po wyrzuceniu Komisja Poborowa wręczyła mi kartę do wojska. W tej trudnej sytuacji okazało się, że „murem” za nami stanęli nasi profesorowie oraz asystenci z Wydziału Geologii, którzy, pomimo skreślenia z listy studentów, namawiali nas, abyśmy uczestniczyli w ćwiczeniach i wykładach. Część z nich wykorzystało tę okazję i na znak protestu zrzekli się przynależności do PZPR. Po kilku tygodniach i ciągłym przenoszeniu terminu stawienia się do wojska, przywrócono nam studenckie prawa. Dzięki naszym wykładowcom nie mieliśmy zaległości i nie powtarzaliśmy roku.

— Skończyłeś geologię i co dalej?

— Pracując w PTTK w Warszawie ukończyłem Podyplomowe Studium Turystyczne w Warszawie i obroniłem pracę „Zarys dziejów taternictwa jaskiniowego w Polsce”, a później Podyplomowe Studium Dziennikarskie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Wędrowałem też po Polsce. Plonem tych moich wycieczek były trzy przewodniki turystyczne po Roztoczu i Podlasiu. Zawsze jednak pozostałem wierny mojej największej miłości – Tatrom, najpiękniejszym górom, do których zawsze wracałem i wracam. Tatry znają też bardzo dobrze moi synowie, którzy urodzili się w Kanadzie.

— Podobno miałeś zostać ratownikiem GOPR?

— W kierownictwie GOPR miałem odpowiadać za sprzęt alpinistyczny: liny, raki, czekany. Niestety, kiedy już miałem podjąć pracę w Zakopanem, doszło do wielkiej tragedii, zginął szef grupy tatrzańskiej, rozpoczęto dochodzenie. Wtedy też stwierdziłem, że przeczekam tę burzę.

— I zostałeś dziennikarzem?

— Już wcześniej współpracowałem z kilkoma tytułami prasowymi, m.in. harcerską gazetą „Świat Młodych” oraz z czasopismem PTTK „Gościniec”. Z czasem ówczesny red. naczelny „Gościńca” Tadeusz Rycerski zaproponował mi etat. Chciałem być dziennikarzem, a otrzymałem bardzo odpowiedzialne stanowiska sekretarza redakcji, który nie tylko pisał, redagował, ale odpowiadał za druk czasopisma.

— To miałeś okazję oglądać, jak funkcjonuje cenzura w PRL-u. Jaka była atmosfera w tej instytucji? Czy dyskutowano z cenzorem?

— Żadnej dyskusji nie było. Organizacja pracy była taka, że cały numer w maszynopisie oddawałem do drukarni i dopiero potem wstępnie wydrukowaną gazetę zanosiłem do cenzora na ul. Mysią w Warszawie, tuż obok gmachu dawnego KC (obecnie Giełda Papierów Wartościowych). Po kilku dniach odbierałem gazetę od cenzora, który czasem skreślał zdanie, akapit lub cały artykuł, bo mu się nie spodobał. Warto dodać, że „Gościniec” był wydawany przez Polskie Towarzysto Turystyczno-Krajoznawcze i wiązało się to, generalnie, z neutralnymi tematami artykułów, a pomimo tego ingerencje cenzury były w każdym numerze.

— Miałeś czas na pisanie, będąc sekretarzem redakcji?

— „Gościniec” był magazynem tyrystyczno-krajoznawczym ukazującym się co miesiąc. Miałem więc sporo wolnego czasu, aby zostać reporterem. Dużo podróżowałem po Polsce. Dużo pisałem. Napisałem wtedy cykl artykułów o mniejszościach narodowych: „Polska mało znana”. Reportaże o Karaimach, Tatarach, Bambrach, Flamandach, Morawianach były zaskakujące dla czytelnika, któremu przez kilkadziesiąt lat wmawiano, że w Polsce żyją tylko Polacy. Za ten cykl reportaży w 1981 r. zostałem doceniony i nagrodzony: znalazłem się w gronie laureatów Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za najlepsze publikacje roku 1980.

— To okres „Solidarności”, powiew wolności. Później przyszedł jednak stan wojenny.

— Stan wojenny zastał mnie za granicą. Pisałem wtedy wraz z Januszem Rygielskim w „Gościńcu” cykl artykułów: „W górach Europy”, który miał się ukazać w formie książki w „Sport i Turystyka”. Mieliśmy już podpisaną umowę wydawniczą. Wziąłem urlop i pojechałem w góry Szkocji, z zamiarem dotarcia na Islandię. Stan wojenny zastał mnie jednak w Wielkiej Brytanii. Postanowiłem, przynajmniej jak na razie, nie wracać do kraju, chociaż nigdy nie wyobrażałem sobie życia poza Polską. W Londynie poszedłem do ambasady kanadyjskiej.

— Dlaczego Kanada?

— Po pierwsze to Góry Skaliste, a po drugie to trochę przypadek, bo Kanada wydawała wizy dla tzw. „emigrantów niezależnych”: jeśli miałeś przeszło dwa tysiące funtów oraz pieniądze na bilet, to dostawałeś wizę. Nie chciałem wyjeżdżać do któregoś z obozów do Austrii, podając się za prześladowanego uchodźcę politycznego, wyciągać rękę i prosić o pomoc. Zbyt ceniłem sobie niezależność, chociaż jako emigrant polityczny w Kanadzie mogłem przez rok otrzymywać bezpłatnie mieszkanie, meble, zasiłek finansowy, naukę języka. Może to głupie, może naiwne, ale nigdy nikogo nie prosiłem o pomoc.

— Jakie były początki w Kanadzie?

— Od początku pobytu pracowałem fizycznie na budowie, malowałem mieszkania, myłem okna, kopałem rowy. Nigdy jednak nie przestałem być dziennikarzem. Współpracowałem z polonijnym „Związkowcem” i „Ekspresem Wieczornym” w Warszawie. W 1984 r. podczas pierwszej wizyty papieża Jana Pawła II w Kanadzie byłem odpowiedzialny za kontakty z polonijnymi mediami: prasą, radiem i telewizją. Wtedy z powodu mgły Papież nie dotarł do Fort Simpson za Kręgiem Polarnym na spotkanie z Indianami i Inuitami, ale obiecał, że podczas kolejnej pielgrzymki do nich przyjedzie. I rzeczywiście w 1987 r. podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, Jan Paweł II przyleciał na to zalegle spotkanie. I wtedy byłem naocznym świadkiem chyba… cudu. Bo, jak to nazwać, kiedy od pięciu dni padał deszcz, a w dniu, ba! w godzinę przylotu Papieża, przestało padać, pokazała się tęcza i… słońce. A gdy po mszy odleciał, znowu zaczęło lać jak z cebra.

— Jesteś autorem okazałej monografii: „Polskie nazwy geograficzne w Kanadzie”, skąd czerpałeś inspirację?

— Dziennikarstwa uczył mnie w Polsce red. Stanisław Poznański, który stworzył Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. Był bardzo wymagający i wpoił mi, że utrwalanie polskości to podstawowy obowiązek dziennikarza. Gdy uzyskałem stypendium Królewskiego Kanadyjskiego Towarzystwa Geograficznego, to prawie przez cztery miesiące wędrowałem śladami Polaków po całej Kanadzie. Przejechałem 30 tys. km szlakiem polskich nazw rzek, gór, miejscowości: Prawda, Polonia, Kraków, Zbaraż, Komarno, Warszawa. W sumie zebrałem przeszło 300 polskich nazw geograficznych oficjalnie naniesionych na mapy Kanady, opisując ich genezę, historię i uzupełniając fotografiami. Zawsze badanie historii miejscowości rozpoczynałem od wędrówki po lokalnym cmentarzu.

— Jaka jest tego przyczyna?

— Cmentarz, to lokalne archiwum, bezcenne źródło wiedzy o ludziach, a pośrednio także ważnych wydarzeniach danej miejscowości. Udokumentowałem ponad 70 polskich cmentarzy, co jest bardzo ważne, bo widok spróchniałych krzyży i nieczytelnych tabliczek spotykałem prawie na każdej nekropolii. Te cmentarze niszczeją, zarastają zielem. Taka jest niestety prawda i pokazałem ją w „Raporcie o polskich cmentarzach w Kanadzie”, prezentowanym w formie wystawy zdjęć na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w Lublinie i w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych w Warszawie.

— To nie był jedynie epizod w twoim zawodowym życiu?

— „Narody, które tracą pamięć, tracą życie”, to napis z cmentarza w Zakopanem na Pęksowym Brzysku. Zaczęło się od dokumentacji polskich cmentarzy i kościółków, później uzupełniałem ten zbiór o polskie tablice, polskie pomniki, czyli dokumentowałem polskie ślady w Kanadzie. Z czasem, dzięki Kongresowi Polonii Kanadyjskiej, dokumentacja po polsku i angielsku znalazła się na stronie internetowej www.polishheritage.ca (polskie dziedzictwo w Kanadzie). Jest to obecnie największa na świecie strona poloników.

— Powracasz do tego tematu?

— Kanada to kraj kontynent, wielokulturowy tygiel, mekka dla reportera i na każdą wyprawę wyruszam z aparatem fotograficznym i zawsze coś odkrywam.

Marek Kamiński, Stanisław Stolarczyk, Wojciech Moskal
[Arch. S. Stolarczyk]

— A na biegunie byłeś?

— Opowiem po kolei, to był 1995 r., gdy na Biegun Północny wyruszyli Marek Kamiński i Wojciech Moskal. Wcześniej spotkałem się z nimi w Ottawie i prawdę mówiąc, byłem pesymistą, że zdobędą biegun. Dużo naczytałem się, jak okrutna może być Arktyka i jak wielu podróżników tego doświadczyło. Nie wierzyłem, że jeden – wielki chudzielec, drugi – jego fizyczne przeciwieństwo, są w stanie pokonać na nartach 700-800 km. Do tego silny, przenikliwy, mroźny wiatr. Założyliśmy się o szampana, dużą butlę, taką jak na Formule 1, bo tak zażyczył sobie Marek. Klepnęliśmy zakład. Oni wyruszyli, a ja śledziłem każdy ich dzień, pisząc relacje do „Ekspresu Wieczornego”. Wtedy też cała Polska żyła tą wyprawą, wszystkie media o tym informowały. Gdy byli już blisko bieguna, „Ekspres Wieczorny” wysłał mnie na spotkanie z naszymi polarnikami. Z Bieguna Północnego zabrał ich samolot, przylecieli do bazy w Resolute Bay i tam się spotkaliśmy. Szampan otworzyli Marek i Wojciech po wyjściu z samolotu i… było jak na Formule 1. Zrobiłem z nimi wywiad, ale brakowało zdjęć w plenerze. I miałem szczęście, bo polarnicy zaprosili mnie na wspólny lot na biegun magnetyczny. Tam zrobiliśmy zdjęcia tej niesamowitej wyprawy, które w dwa dni później opublikował, jako pierwszy w Polsce, „Express Wieczorny”.

— W Kanadzie byłeś także poszukiwaczem złota.

— Za dużo powiedziane. Zacznijmy od historii: był 1896 r. gdy w Dawson City nad rzeką Klondike (przy granicy z Alaską) wybuchła gorączka złota. Szybko przybyło tam 40 – 50 tys. poszukiwaczy złota. Po kilku latach zapasy kruszcu wyczerpały się i wszyscy wyjechali. Pozostała barwna historia i legenda, która co roku wabi żądnych wrażeń turystów. Co roku organizuje się mistrzostwa dla Marek Kamiński, Stanisław Stolarczyk, Wojciech Moskal nich oraz dla zawodowych poszukiwaczy złota. Trafiłem tam w 1996 r. jako reporter i nie mogłem sobie odmówić udziału w tej rywalizacji. Startowałem w kategorii amatorów i zająłem 14 miejsce. Wypłukałem siedem ziarenek złotego piasku. Ale nie to było ważne. W zawodach pokonałem miejscowego oficera policji RCMP, do zadań którego należał nadzór nad prawidłowym i zgodnie z prawem uzyskiwaniem złota w okolicznych potokach.

— Ilu śmiałków stanęło do walki?

— Prawie czterystu… Ale nie o to chodziło. Poszukiwałem też złota, że tak powiem prywatnie. Chciałem poczuć się poszukiwaczem, którego owładnęła prawdziwa gorączka złota. Doświadczyłem tego, chciałem nabyć działkę od rządu, co opisałem w książce „Przepustka do raju”. To dziennikarskie kompedium o historii i dniu dzisiejszym Kanady.

— Książka zebrała świetne recenzje, no i awansowałeś?

— Wygrałem konkurs na redaktora naczelnym polonijnego czasopisma „Związkowiec” i przeniosłem się z Ottawy do Toronto. Proszę jednak nie myśleć, że praca szefa polonijnej gazety wygląda słodko. Naczelny biega po mieście, zbierając materiały, pisze, redaguje, rozwozi nowy numer, załatwia reklamy, dzwoni do drukarni, dba o finanse itd.

— Przepraszam, gdzie są Kaszuby?

— (śmiech) Oczywiście, w Kanadzie.

— A ja byłem na Kaszubach, nieopodal Gdańska…

— A ja jeżdżę na Kaszuby w okolice Wilna, oczywiście w Kanadzie, prowincja Ontario. Już wyjaśniam: w połowie XIX w. do Kanady przybyli pierwsi osadnicy z Kaszub. Otrzymali przydział ziemi w hrabstwie Renfrew. Karczowali lasy, przygotowując ziemię do uprawy, budowali osady, kościoły, kapliczki, krzyże na rozstajach dróg. Gdy byłem tam pierwszy raz, zatrzymałem się w Wilnie i odwiedziłem kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Korony Polskiej z wierną kopią obrazu Czarnej Madonny, której ofiarodawcą był przed wojną prezydent RP Ignacy Mościcki. Potem trafiłem do drewnianej świątyni Matki Bożej Anielskiej z figurką patronki kaszubskich rybaków znad Bałtyku. Moje zauroczenie Kaszubami nad Ontario rosło, gdy trafiłem na mszę w „Katedrze pod Sosnami” i poznałem ks. Rafała Grządziela, wspaniałego człowieka i jego dzieło. Dzięki takim ludziom na Kaszubach szóste pokolenie osadników mówi po polsku. Ja także dzięki takim osobom czuję się Polakiem – krajanem, a nie jakimś obywatelem świata. Często mówię o sobie „Polok – wsiok” i w najdalszych zakamarkach Kanady szukam śladów swojej Polski.

Prezydent Rp na uchodźctwie Ryszard Kaczorowski, ks. prafat Zdzisław Peszkowski,
Stanisław Stolarczyk
[Arch. S. Stolarczyka]

— Jaki jest przepis na bestseller?

— W 1990 r. wróciłem z Kanady na stałe do Polski. Jako reporter szukałem poniemieckich skarbów, a konkretnie tzw. Złota Wrocławia, powstała książku , napisana wspólnie z Anną Sukamowską „Tańcząc na wulkanie”. Napisałem też książkę o pasjach papieża Jana Pawła II, jego wędrówkach górskich, o uprawianiu narciarstwa. Pracowałem nad książka: miałem ciekawy tekst plus iskrę bożą i tak powstało „Hobby Jana Pawła II”. Książka zainteresowała czytelników i w 1991 r. była „jedynką” na liście bestsellerów w Polsce. Po wydaniu tej książki pojechałem na kilka tygodni do Kanady i znowu wróciłem do Polski, bo jak to określam: „Ojczyznę, jak Matkę, ma się jedną”. A po kilku miesiącach znowu znalazłem się w Kanadzie. Tam poznałem moją przyszłą żonę, tam później urodzili się moi synowie. I już z nimi, przynajmniej raz w roku, pozostał mi przyjazd do Polski, odwiedziny babci w Łosicach, zabawy w odkrywanie ukrytych skarbów na „wyspie łabędzi” na miejscowym zalewie, wędrówki po Tatrach.

— Potem ukazała się kolejna książka: „Papież, jakiego nie znamy”.

— Moim celem było nakreślenie stosunku Jana Pawła II do natury. Oczywiście, opowieści o pieszych, rowerowych, kajakowych oraz narciarskich wyprawach „Wujka” i dyskusjach przy ognisku były znane w całym Krakowie. Na studentach „Beczki” – duszpasterstwo akademickie, wywierały ogromne wrażenie. Udało mi się dotrzeć do kilku osób, swoje archiwum zdjęciowe przekazał mi Aleksander Jagła. Papież radził „odnajdywać ślady Boga żywego, odciśnięte nie tylko w majestatycznym pięknie przyrody, ale przede wszystkim w swej nieśmiertelnej duszy”. Był rozmiłowany w naturze, a najbardziej w górach i od szkolnych lat lubił wędrować po szlakach i patrzeć na górski majestat. Pisząc o ulubionych szlakach Papieża w Tatrach, cieszyłem się, bo wiele razy tymi ścieżkami wędrowałem.

— Czy pamięć o Polaku, dziś już Świętym Janie Pawle II jest aktualnie żywa w Kanadzie?

— O Janie Pawle II pamięta Polonia, ale nie tylko, bo i Kanadyjczycy, stanowiący w tym kraju mozaikę najróżniejszych narodowości. Parlament Kanady uchwalił 2 kwietnia 2015 r. Dniem Jana Pawła II. Podkreślono wówczas, że Papież niósł światu miłość, pokój, że był wspaniałym humanistą. W Dzień Papieża Jana Pawła II w Kanadzie Kanadyjczycy upamiętniają życie i niezwykłe dziedzictwo Świętego Jana Pawła II. W tym dniu poświęconym polskiemu papieżowi, zwracają uwagę na znaczący wkład Świętego Jana Pawła II na rzecz powszechnych wartości: międzynarodowego pokoju, wolności, sprawiedliwości, godności, dialogu między religiami i obrony równości i praw człowieka. Papież Jan Paweł II był bez wątpienia jednym z najbardziej wpływowych liderów czasów współczesnych. Niezachwiany w ostrej opozycji wobec totalitaryzmów, miał znaczący wpływ na losy nie tylko Polski, ale także współczesnej Europy. Jego kluczowej roli Albumy o Świętym Janie Pawle II wydane przez Stanisława Stolarczyka w odzyskaniu niepodległości krajów byłego bloku komunistycznego nie można lekceważyć.

— Pamiętasz głosowanie?

— Oczywiście. Przed głosowaniem w kanadyjskim parlamencie wszyscy posłowie w Izbie Gmin i Senacie otrzymali od firmy wydawniczej Fakty przepiękny album „Ojcze Święty, pamiętamy Cię”, wydany w czterech językach: polskim, angielskim, francuskim, włoskim.

— Miałem okazję oglądać, jest naprawdę imponujący, wspaniałe zdjęcia, świetnie wydany. Gratuluję.

— Sam pomysł to było za mało, udało mi się dotrzeć do archiwalnych zdjęć, które nigdy dotąd nie były publikowane, znaleźć sponsorów i wydać album w 2012 r. pod honorowym patronatem kardynała Stanisława Dziwisza, ambasadora polskiego Zenona Kosiniaka Kamysza i prowincjała polskich oblatów o. Janusza Błażejaka OMI.

Spotkanie z honorowym patronem albumu ks. kardynałem Stanisławem Dziwiszem, Kraków
[Arch. S. Stolarczyka]

— Czy spotkałeś się z Papieżem poza Kanadą?

— Tak. Na prywatnej audiencji w Watykanie. Wtedy też wręczyłem Papieżowi moją książkę i co tu dużo gadać: miałem przygotowane dwa-trzy okrągłe zdania, a gdy stanąłem przed Ojcem Świętym, to nawet nie wiedziałem, jak się nazywam. Ale to nie tylko ja, bo Krzysztof Krawczyk opowiadał, że kilka razy był na audiencji u Papieża, a tremę miał zawsze taką samą, zawsze odbierała mowę.

Autor wręcza książkę Ojcu Świętemu, Watykan
[Arch. S. Stolarczyka]

— W sierpniu 2018 r. w Polsce zostałeś odznaczony Medalem Świętego Jana Pawła II. Zwykle otrzymują go redakcje i organizacje. To pierwszy taki medal przyznany Polakowi mieszkającemu poza Polską.

— Medal otrzymałem za działalność publicystyczną i wydawniczą upamiętniającą Jana Pawła II. W laudacji podkreślono, że jestem autorem kilku książek oraz współautorem i wydawcą trzech albumów.

— Jesteś zapalonym podróżnikiem?

— Moje podróże są wpisane w zawód reportera. Jechać, zobaczyć, doświadczyć, udokumentować, napisać. Była podróż po Kanadzie, która zaowocowała zbiorem reportaży w formie książki: „Przepustka do raju”. Kolejny wyjazd związany z szukaniem polskich nazw geograficznych – to zbiór reportaży i książka: „Gdzie stopy nasze”, wyjazdy na kanadyjskie Kaszuby – to kolejne książki reporterskie: „Gdy wspominam Kaszuby” i „Kaszuby – nasza Polska kanadyjska”.

Stanisław i jego łosoś, Alaska
[Arch. S. Stolarczyka]

— Czy nie marzyłeś o podróżach, chodząc do szkoły w Łosicach?

— Wszyscy wtedy marzyliśmy i ciągle o nich rozmawialiśmy… Podróże to także spełnienie młodzieńczych marzeń. Była Boliwia i przejazd jeepem przez Pustynię Solną, była Mongolia, Gruzja, Peru, Chile, bezdroża Alaski, czy Labrador, prawie bezludne terytorium Kanady. Bo, jak to śpiewaliśmy przy harcerskim ognisku, być może w Serpelicach, a nauczonej kiedyś w liceum piosenki:

Zrozum bracie, tak to trzeba.
Łóżkiem trawa, dachem drzewa
Z wiatrem biegać i z ptakami śpiewać w głos.
Trzeba gonić, trzeba gonić swe marzenia.
A nie czekać ile trosk przyniesie los.

Tego też nauczyłem się w mojej ukochanej łosickiej „budzie”, a przecież: „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”.

Aut tekstu. Marek Jerzman

Reklama
Poprzedni artykułPrzyjdź na Inspiratorium
Następny artykuł„Łosicka Pisanka”

1 KOMENTARZ

  1. Super wywiad i wspaniała historia wspaniałego człowieka pochodzącego z naszego najbliższego sąsiedztwa .

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.