Dzięki uprzejmości Marka Jerzmana udostępniamy jego reportaż dotyczący wydarzeń z 20 lipca 1985 roku, które rozegrały się w miejscowym parku.
Było upalne, sobotnie popołudnie 20 lipca 1985 r.; park w centrum Łosic zapełnili emeryci, matki z dziećmi i miłośnicy piwa. Nagły przyjazd plutonu ZOMO oznaczał koniec sielanki. Rozpoczęły się gonitwy i pałowanie każdego, kto nie zdążył umknąć.
Najpierw wpadli do „drewniaka” na rogu ulic 1 Maja i Rynek. W popularnym barze było piwo Żywiec i tłum ludzi. Rozpoczęli legitymowanie. Kto mówił za dużo lub był w stanie wskazującym, dostawał kilka razy pałką i szybko się ewakuował.
Andrzej Duszyński był na tyłach „drewniaka”, na podwórku u „Kucia” Kucewicza i w towarzystwie spokojnie popijał piwo. - Czterech zomowców błyskawicznie przeskoczyło płot i pogonili wszystkich – opowiada pan Andrzej. - Zaliczyłem dwa razy po plecach – wspomina.
Zomowcy wpadli też do pobliskiego Zajazdu na 1 Maja i w krótkich, żołnierskich słowach wyprosili stałych bywalców. Potem akcja przeniosła się do parku, na skwerek w centrum Łosic. Pojawili się z kilku stron. Podbiegli i wywrócili ławkę na której siedział chłopak z dziewczyną, chłopak oberwał. Po parkowych alejkach jeździł gazik z zomowcami.
Pani Barbara z dzieckiem w wózku uciekła przed gazikiem na trawnik. - Ciebie mi nie szkoda, tylko dziecka! – krzyknął zomowiec.
Pani Ewa była w parku z małym dzieckiem. Siedziała na ławce z koleżankami, młodymi mamami, a gromadka dzieci bawiła się pod nogami. Zapamiętała dokładnie; za młodą kobietą przechodzącą przez park, pobiegło kilku. Jak dostała po plecach, to aż się wygięła. Zaczęła krzyczeć i kląć na zomowca. Uciekła. Jeden podbiegł do ławki pani Ewy, miał dziwne oczy.
- Nas też pan pobije? - zapytała.
- Nie, panie mogą siedzieć.
Bogdan Tarkowski był w sklepie spożywczym i wracał z zakupami. Wszedł już w uliczkę Wąską i nie zauważył, że jedzie za nim gazik. Podjechali blisko, drzwiczki się otworzyły i wychylony zomowiec zamachnął się pałą kilka razy. - Uciekłem do bloku – opowiada Tarkowski.
W parku zatrzymano Bogdana Stefaniuka „Selera”, który nie posiadał dowodu osobistego. - Ja mieszkam tutaj blisko w sutach – tłumaczył się, pokazując wąską uliczkę między Rynkiem, a Sienkiewicza. Zomowcy poszli ze Stefaniukiem w suty i tak go spałowali, że ledwo doszedł do domu.
W parku oberwał szturmówką Henryk Potiopa, dyrektor szkoły podstawowej i działacz partyjny. Siedział na ławce z kolegami.
Pobito też emeryta Stanisława Śmieciucha, który przesiadywał na „swojej” ławeczce, naprzeciw własnej lodziarni. Dostał także malutki, sędziwy fotograf Józef Kucewicz „Szpyrka”, który mieszkał na Kilińskiego. Pierwszy raz, gdy wyszedł z wiadrem po wodę na Rynek i zaskoczony obserwował stróżów prawa. Drugim razem dostał, gdy powrócił na Rynek z aparatem i usiłował fotografować działania zomowców.
Fredek Leszczyński napadnięty w parku przez zomowca, podniósł rower składak, który służył mu za tarczę. Po krótkim starciu, zdołał uciec. Mieczysław Majchrzak, emerytowany milicjant i piekarz Stanisław Duszyński integrujący się przy flaszce, szybko opuścili ławeczkę, znajdując schronienie w kiosku pani Wikty. Na oburzenie i krytyczne uwagi pana Mieczysława, zareagowała małżonka: - Jak jesteś taki bohater, to wyjdź do nich i porozmawiaj.
Marek Dobrowolski widział oddział ZOMO już po akcji. Wyszedł na spacer z chrześniakiem w wózku i na Bialskiej, pod komisariatem, zobaczył cztery gaziki i nyskę. Zomowcy byli jeszcze rozgrzani, opowiadali i gestykulowali.
Akcją plutonu ZOMO kierował por. Janek Sobieszuk „Szuba”, komendant kompanii ZOMO w Grabanowie pod Białą Podlaską. Gdy po akcji zomowcy pojawili się na łosickim komisariacie MO, komendant Bolesław Lewandowski był zaskoczony ich wizytą.
Henryk Potiopa miał robić awanturę zomowcom i pisać skargi do Warszawy, jednak przekonano go, aby dał spokój. Zapytany o zdarzenie sprzed lat, Potiopa odmówił rozmowy. Poszkodowani mieszkańcy nie skarżyli się nikomu.
- Proszę pana, przecież to była władza – tłumaczy starsza pani, świadek tamtych wydarzeń.
Pytanie o bezpośredni powód akcji ZOMO w Łosicach pozostaje otwarte; czy było to zbliżające się komunistyczne święto 22 lipca i chęć wykazania się dowódcy oddziału? Dokumenty IPN poświęcone por. J. Sobieszukowi, nie dają odpowiedzi na to pytanie.
Marek Jerzman
Fot. fotopolska.eu/Petroniusz

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze