O autorze Mateusz Demianiuk Absolwent I LO w Łosicach Student II roku Prawa i I roku Studiów Wschodnich na Uniwersytecie w Białymstoku Miłośnik Europy Wschodniej

Powoli światła miasta gasną, zaraz też noc bierze górę nad dniem. Przez szybę spoglądam na wschód. Towarzyszy mi mały niepokój, ale jednocześnie podekscytowanie. Jutro mam wyruszyć w podróż - właśnie w tamtym kierunku. Zawsze bardzo się cieszę na takie wyprawy. Kierunek, który obrałem wydaję się przecież taki nieokiełznany, dla wielu też nudny i niebezpieczny. Nie dla mnie. Ja od najmłodszych lat spoglądałem tam z zaciekawieniem. Na tyle sobie mogłem pozwolić. Granica wydawała się być trudna do przebycia, w dodatku nikt z bliskich nie podzielał mojej pasji. "Tam? A po co?" Tyle tylko słyszałem. Wszystko się zmieniło, gdy trochę podrosłem. Teraz już sam mogę realizować swoje marzenia.
Od dworca do domu podwozi mnie tata. Moja rodzinna wioska leży 15 km od granicy z Białorusią. Tylko tyle i aż tyle. Granica to duże słowo. Oznacza obszar oddzielający dwa państwa. W praktyce jest to zaorany pas ziemi, słupki i tablice informacyjne. Wydawałoby się nic wielkiego. Ona jest jednak przede wszystkim w głowach. I to tylko ludzi. Zwierzęta sobie nic z niej nie robią. Przekraczają ją kiedy chcą i gdzie tylko chcą. Ja do tego muszę się przygotować. Trzeba wypełnić dokumenty, kupić ubezpieczenie, poinformować o celu pobytu. Wreszcie odwiedzić konsulat i opłacić wizę. W czasie wyprawy potrzebne są jeszcze noclegi. Te zdobyłem poprzez portal couchsurfing.com, na którym podróżnicy oferują sobie bezinteresowną pomoc. Polega to na znalezieniu hosta, który jest gotów zaoferować ci miejsce w czasie wyprawy. Na szczęście wszystko to mam już za sobą. Ba, czuję się trochę jak rutyniarz - przecież to już kolejny raz. Tym razem mam jednak pojechać dalej - do Rosji, największego kraju świata, miejsca gdzie rozwinęło się najgorsze przekleństwo XX wieku - komunizm. Ponoć nadal pozostawia on ślad w rosyjskiej świadomości. Przez to wszyscy ostrzegają mnie przed tą podróżą. "Okradną cię, pobiją, będą chcieć łapówkę". Nic sobie z tego nie robię. Toteż pakuję plecak i gaszę światło.
Rano żegnam się z mamą. Tata odwozi mnie na dworzec w Terespolu. Po drodze dużo rozmawiamy, ojciec bardzo mi kibicuje. Chce, żebym "przetarł mu szlak", a w przyszłym roku, gdy będzie już na emeryturze, poprowadził go aż do Władywostoku pociągiem Kolei Transsyberyjskiej. To jego wielkie marzenie. Nie mówię nie, ale na razie zajmę się "przecieraniem". Ściskamy sobie ręce, po czym tata znika w dworcowym korytarzu. Kupuję bilet na pociąg transgraniczny relacji Terespol-Brześć, następnie przechodzę polską odprawę paszportową i wsiadam do pociągu. Na dobrą sprawę Polska kończy się już na peronie numer jeden terespolskiego dworca. Zdecydowana większość pasażerów to Białorusini . Przyjeżdżają do Polski na zakupy. Po ich stronie Bugu szaleje inflacja, a kołchozowe rolnictwo jest mało wydajne - stąd też wysokie ceny żywności. Zaopatrują się tutaj również w sprzęty elektroniczne i ubrania. U nas nie kupują tylko benzyny i używek. Te towary są wyraźnie tańsze w kraju Aleksandra Łukaszenki.
Pociąg rusza. Przez okno widzę odprowadzający nas samochód Straży Granicznej, tak na wszelki wypadek, żeby 

Pierwszą granicę mam już za sobą. Do odjazdu pociągu jeszcze jakieś półtorej godziny, także udaję się wymienić dolary na białoruskie ruble. Przed kantorem duża kolejka. Ludzie wyraźnie poirytowani. Pomimo, że są dwa okienka, otwarte jest tylko jedno. Trzeba odstać swoje. Procedura wymiany trwa szybko tylko jeśli wymienia się walutę obcą na ruble. Tymczasem Białorusinów interesuje wymiana w odwrotnym kierunku. Rubel ciągle traci na wartości, stąd też chcą zabezpieczyć swoje finanse. Mimo, że kolejka skraca się powoli nikt nie chce skorzystać z oferty cinkciarzy. Tak, tutaj czarnorynkowa wymiana waluty nadal istnieje i chyba ma się dobrze. "Handlowiec" podchodzi i do mnie i łamaną polszczyzną, szeptem proponuję wymianę. Ignoruję go, chociaż oferuje lepszy kurs. Zniechęcony odchodzi. Wreszcie i ja staję w okienku. Za 10 dolarów otrzymuję 105000 tys. białoruskich rubli. Nieźle, co?


Przed Mińskiem odbieram telefon. To Juliya. Poznaliśmy się w zeszłym roku, kiedy to przyjechałem zobaczyć białoruską stolicę po raz pierwszy. Mówi, żebym poczekał na nią dziesięć minut na dworcu, bo coś ją zatrzymało po drodze. Umawiamy się przy głównym wyjściu, naprzeciwko "wrót Mińska". To dwa bliźniacze, socrealistyczne budynki witające podróżnych. W Mińsku próżno szukać zabudowy w innym stylu. Miasto ucierpiało w wyniku działań 
Budzę się o świecie i przestawiam zegarek o kolejną godzinę. Autobus jedzie dalej. Do Moskwy jeszcze jakieś 300 km. Zaciekawia mnie widok za oknem. Na horyzoncie tylko nieużytki, żadnych domów. Główna droga jest dobrej jakości, ale te boczne, które od niej odchodzą wyglądają już zdecydowanie gorzej. Na niebie chmury, a nad ziemią unosi się gęsta mgła. Drzewa wyglądają jak listopadowe, w ogóle wszystko w około sprawia wrażenie zgniłego. No ładnie, myślę sobie. I zasypiam znowu.
Ponownie otwieram oczy już gdzieś na przedmieściach Moskwy. Ma tu miejsce jakaś wielka przebudowa drogi. Jedziemy bardzo wolno. Obserwuję ogromne bloki i pędzących do pracy ludzi. Moją uwagę przyciągają bilbordy. Podobnie jak u nas, w Rosji obserwuję się przesyt absolwentów kierunków humanistycznych, stąd też prowadzona jest kampania społeczna mająca zachęcić do studiowania na uczelniach technicznych i przyrodniczych. Zachęca w oryginalny sposób. Na tablicy widnieje symbol C2H5OH z podpisem "Umiem chemię, wiem co piję" Luźne podchodzenie do własnych wad jest czymś jak najbardziej pozytywnym, ale czy ten napis serio jest z przymrużeniem oka? Mam nadzieję się dowiedzieć. Droga na dworzec autobusowy w północno-wschodniej części miasta trwa jeszcze jakieś półtorej godziny. To dlatego, że Moskwa jest miastem korków. Tutaj są one codziennością nawet na MKADZIE - 10 pasmowej, 109 km obwodnicy miasta. Po części winni są temu sami Rosjanie, którzy umiłowali sobie duże samochody, będące dla nich znakiem prestiżu i społecznej pozycji. Przez szybę widzę mnóstwo aut, bynajmniej niekompaktowych, wewnątrz których znajduję się tylko kierowca. Każdy sprawia wrażenie rozdrażnionego, a na drodze widzi przede wszystkim siebie. Moskiewskie ulice to uosobienie walki, która toczy się między mieszkańcami największego miasta Europy. Tutaj liczę się tylko ja i moje interesy. Ty jesteś co najwyżej środkiem do osiągnięcia mojego celu. Na szczycie tej drabinki są moskiewscy miliarderzy, na dnie- bezdomni i żebracy. Zarówno tych wygranych, jak i przegranych jest tu mnóstwo.
Wreszcie dojeżdżamy na Szelkowski. Kontrast w porównaniu z mińskim dworcem autobusowym jest ogromny - na minus. Jest tu po prostu obskurnie. Niemniej ludzi jest naprawdę mnóstwo, a sądząc po napisach na autobusach przyjeżdżają tu tysiące podróżnych z Rosji i zagranicy. Może to pierwsze, negatywne zetknięcie z Moskwą ma zniechęcić emigrantów do szukania szczęścia w rosyjskiej stolicy? Tych już na starcie widzę bardzo wielu, to głównie skośnoocy przybysze z byłych republik radzieckich. Rosja to dla nich jedyna z możliwych dróg do lepszego życia. Dostanie się dalej na zachód graniczy z cudem. Choć i tu nie mają lekko. Policja i funkcjonariusze FMS (Federalna Migracyjna Służba Rosji) urządzają na nich regularne polowania. Ci, którzy nie mają pozwolenia na pobyt w Moskwie są natychmiast wydalani tam, skąd przybyli. Niemal od razu dostrzegam takiego pechowca. Prowadzony jest przez dwóch funkcjonariuszy do samochodu. Głowę ma spuszczoną w dół. Ukrywa przegraną twarz. "
Zaglądam do wnętrza dworca. Nie zaskakuję się. W środku wygląda tak samo źle. Jedyne, na co zwracam uwagę, to bramki do wykrywania metali tuż przy wejściu. Te jak się potem okaże, będą towarzyszyć mi przez cały pobyt w Rosji. Są w metrze, na dworcach kolejowych i wszędzie tam, gdzie przewija się dużo ludzi. Rosjanie wciąż mają w pamięci krwawe zamachy terrorystyczne w stolicy. Ostatni miał miejsce w 2010 roku na dwóch stacjach linii Sokolniczeskiej. Tej samej, którą ja mam się dostać na południowy zachód miasta. Moim celem jest stacja "Uniwersytet", to na niej ma na mnie czekać mój moskiewski host - Władimir. Wchodzę do metra. Stacja Szelkowski to ostatni przystanek niebieskiej linii. Bilet kupuję w automacie, kosztuje mnie to 40 rubli (około 4 zł) Szczęśliwie w rosyjską walutę wyposażyłem się jeszcze w Polsce. Przed zjazdem na peron jeszcze pilnie studiuję plan moskiewskiego metra. W centrum mam się przesiąść na czerwoną linię, którą dojadę do uniwersytetu. Nie mam z tym problemów. Przejście jest świetnie oznaczone. Całą drogę, która trwa około 40 minut trzymam swój 70 litrowy plecak na ziemi, tak żeby mieć nad nim pełną kontrolę. Bezpieczeństwa nigdy za wiele. Gdy wreszcie wychodzę na powierzchnię dzwonię do Wowy, który zjawia się po 10 minutach. Ma 25 lat i jest programistą na moskiewskim uniwersytecie im. Łomonosowa. Razem udajemy się do pobliskiego centrum handlowego, żeby coś zjeść. Nie rozmawiamy długo, bo Władimir musi wracać do pracy. Odprowadzam go pod gmach uniwersytetu i przekazuję w depozyt swój plecak. Ponownie mamy się spotkać o 21 w metrze. Ruszam więc samotnie w kierunku wskazanym przez Wowę. Mam nadzieję dostać się do centrum.

Powoli opuszczam teren uniwersytetu i zmierzam w kierunku północnym. Nagle rozpoznaję widok znany mi z oglądanych przed podróżą zdjęć. To Worobiowe Góry, najwyżej położona część Moskwy - około 220 m.n.p.m. Roztacza się stąd panorama na miasto. Kremla jeszcze nie widać, ale przepływająca w dole rzeka (imienniczka stolicy), moskiewskie wieżowce zarówno te komunistyczne jak i tzw. city z najwyższymi drapaczami chmur w Europie kształtują się w piękny obraz. Od Wowy dowiedziałem się, że to jedno z ulubionych miejsc Moskwian, które często staję się tłem dla ślubnych fotografii. Wolny czas spędzają tu też biegacze i rolkarze, a na wijącej się wzdłuż rzeki ścieżce rowerowej również miłośnicy dwóch kółek. Jednak ja nie spotykam prawie nikogo. Cóż, wtorkowe południe to 
Wreszcie dochodzę do metra. W kasie kupuję bilet na 11 przejazdów. Wchodzę do pociągu i zmierzam w kierunku stacji Biblioteka im. Lenina, w samym centrum miasta. Tam zatrzymuję wzrok na mozaice z patronem tego miejsca. Chodź moje poglądy nie mają nic wspólnego z komunizmem, jestem wyraźnie podekscytowany. Tutaj naprawdę czuję, że jestem za granicą, a świadomość, że dotarłem do miejsca w którym punkt widzenia na historię i cały współczesny świat jest zupełnie inny niż w mojej ojczyźnie dodaje smaku całej podróży. Sam budynek biblioteki, który znajduje się nad stacją również nie jest pozbawiony komunistycznych akcentów. Co prawda przed nim znajduje się pomnik Dostojewskiego, ale już na samym budynku widnieje napis : Państwowa Biblioteka ZSRR imienia Lenina. Z racji tego, że wódz rewolucji stał się już poniekąd moim przewodnikiem podczas pierwszego moskiewskiego spaceru dalej podążam jego szlakiem - za kierunek obieram Plac Czerwony.
Już z daleka dostrzegam mury Kremla znane mi świetnie z ekranów telewizora. Ich czerwień wyraźnie kontrastuje z mijanymi przeze mnie do tej pory, głównie szarymi budynkami. Czym bliżej serca stolicy, tym więcej widzę turystów. Nie podążam jednak za nimi, a zatrzymuję się pod murami Kremla. Aleja, na której jestem, poświęcona została ofiarom Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (tak Rosjanie nazywają II wojnę światową). Pali się tu wielki znicz, którego strzegą dwaj ubrani w odświętne mundury żołnierze. Akurat ma miejsce zmiana warty. Wartownicy przemaszerowują przez całą aleję. Rosjanie z różnych części kraju, którzy razem ze mną są świadkami tej sceny zachowują przy tym ogromną powagę. Ale jest to inna powaga niż ta, którą obserwuje w podobnych okolicznościach w Polsce. U nas jest ona przepełniona głównie smutkiem i pamięcią o klęsce, tutaj w oczach przechodniów widzę po prostu dumę z wygranej. Czasy sowieckie ukształtowały Rosjan jako zwycięzców. Zapłacili za to ogromną cenę, jednak osiągnięte korzyści również były wielkie. Dlatego tak wielkim hołdem otacza się tutaj tych, którzy za to zwycięstwo przelali swoją krew, a jeszcze większym tych, którzy im tą krew kazali przelewać. Przed bramą prowadzącą na Plac Czerwony widzę tego świetny przykład - ogromny pomnik marszałka Żukowa jadącego konno. Jest to nawiązanie do parady zwycięstwa w Moskwie w 1945 r. kiedy to główny według propagandy sowieckiej autor zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami przemierzył Plac Czerwony na białym rumaku. Przystaję tu na dłuższą chwilę. W pewnym momencie ktoś schyla się, kładzie kolejną czerwoną różę u stóp pomnika i odchodzi. Ja tymczasem zmierzam w stronę placu. W Bramie Zmartwychwstania będącą jego początkiem dostrzegam sklep z pamiątkami. Asortyment jest naprawdę szeroki - od pocztówek po dzieła sztuki nawiązujące do jajek Fabergé. W tym wszystkim dostrzegam również znak minionych

Na Wowę nie czekam długo. Po jakichś 5 minutach schodzi na peron. Oddaje mi plecak z wyraźną ulgą. Razem jedziemy jeszcze jedną stacją. Podczas wędrówki do mieszkania Wowa opowiada mi o tym rejonie Moskwy. To typowa dzielnica sypialna. Nie widzę tu niczego oprócz mieszkalnych bloków. Ciężko jest mi dostrzec różnicę między tymi z czasów sowieckich, a budowanymi współcześnie. Tych nowych o których mówi Wowa ciągle przybywa i są ogromne, nawet kilkunastopiętrowe. W środku to prawdziwe labirynty, czego dowiem się jednak po przyjeździe do Petersburga. Mój host mieszka w mniejszym bloku, pamiętającym jeszcze czasy sowieckie. W mieszkaniu poznaję jego współlokatorów - Romę i Nastię. Nie są couchsurferami ale cała idea jest im blisko znana ze względu na Wowę. Ten bowiem ma już bardzo duże podróżnicze doświadczenie. Wieczorem wreszcie mamy okazję dłużej porozmawiać. Podróże to jego największa życiowa pasja. Przejeździł Rosję autostopem, zwiedzi
Następnego dnia wstajemy o tej samej godzinie. Wowa do pracy, ja na kolejną wędrówkę po Moskwie. Zobaczymy się dopiero wieczorem. Tutaj muszę napisać kilka słów o couchsurfingu. Jest to świetny sposób na podróżowanie, ale osobą, która chciałaby skorzystać z tego portalu nie może kierować jedynie czynnik ekonomiczny. Tu nie chodzi o zaoszczędzenie pieniędzy, ale przede wszystkim o poznanie nowych ludzi, ich kraju i ich kultury. Couchsurfing to nie jest hotel. Tutaj musisz w pełni podporządkować się zasadom rządzącym w danym miejscu i w miarę możliwości spędzać czas ze swoim hostem, a nie traktować go jak hotelową obsługę. Jest to w końcu osoba, która bezinteresownie pomaga ci spełnić swoje marzenia, musisz o tym pamiętać. Dlatego tutaj trzeba zachowywać się jak gość. Jeśli Twój host nie pije alkoholu, ty też tego nie rób. Jeśli jest wegetarianinem i proponuje ci kolację, nie grymaś tylko przysiądź się i spróbuj czegoś nowego. Musisz też mu po prostu zaufać i wystrzec się negatywnego myślenia, oczywiście nie zapominając o zdrowym rozsądku. Sam bywam zarówno couchsurferem jak i hostem i wiem, że tylko przestrzegając tych zasad można cieszyć się couchsurfingiem. Nie mniej na pewno nie każdy się do tego nadaje.
Kolejny dzień w Moskwie zacząłem od wizyty na Arbacie. To reprezentacyjna ulica stolicy zamknięta dla ruchu samochodowego. Naokoło znajduje się mnóstwo pubów, kawiarni i drogich restauracji. Właściwie tylko ceny są tam nadzwyczajne, cała reszta łącznie z zabudową nie stanowi niczego osobliwego. Śmiem twierdzić, że zdecydowanie lepsze wrażenie robi warszawski Nowy Świat. To miejsce ma jednak markę, a swoją popularność zawdzięcza oczywiście minionym czasom. Był to bowiem pierwszy deptak w Moskwie. Obecnie jest ich znacznie więcej, niektóre
Przed dworcem spotykam mnóstwo osób rozdających ulotki i drobnych handlarzy. Głośno zachęcają przechodniów do zainteresowania się ich towarem. Najbardziej rozbawiła mnie kobieta trzymająca w dłoniach woreczek z telefonami. Wydaje mi się, że nie zdobyła ich w legalny sposób. Na peronie dworca czekam na przyjazd pociągu "Polonez" relacji Warszawa Zachodnia-Moskwa Białoruska. Podróż koleją na tej trasie trwa obecnie 18 godzin, a w składzie znajdują się jedynie wagony sypialne. Ja dotarłem do Rosji innym sposobem ze względu na ponad dwukrotnie niższy koszt. Kiedyś jednak chciałbym doświadczyć podróży tutaj bezpośrednim pociągiem z Polski. Wreszcie przyjeżdża. Na peronie pojawiają się wagony sypialne w barwach PKP Intercity. Obserwuję wychodzących z nich podróżnych. Polaków poza obsługą nie widzę, dominuje język rosyjski. Jedyny polski akcent, który dostrzegam 
Ja zostaję w Moskwie. Przechodzę przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle jak kilkudziesięciu innych podróżnych i znowu idę w nieznanym kierunku. Celowo podkreślam tutaj łamanie przepisów. Nie robią tego tylko kierowcy, ale również piesi. Nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba. Z natury jestem niecierpliwy i codzienne czekanie na zielone światło bardzo mnie irytuje. Tutaj zaś na czerwonym przechodzisz na własną odpowiedzialność i podporządkowujesz swoją decyzje aktualnej sytuacji, a nie mechanicznie zaprogramowanemu światełku. I nikt nawet nie pomyśli, żeby wlepić ci mandat. Za to przynajmniej ode mnie Moskwa ma ogromnego plusa.
Podążam dalej jej ulicami. Zatrzymuję się na poczcie, aby wysłać kupione wcześniej pocztówki. Nie tylko ja. Przede 
Późnym popołudniem dostaję esemesa od Wowy. Jadę metrem na stację Czistyje Prudy. Tam czeka już mój host. Idziemy na spotkanie z jego znajomymi couchsurferami. W pubie poznaję Maxima, Ewgenija i Lenę. To był zdecydowanie mój najciekawszy wieczór w Rosji. Upłynął nam na rozmowach o naszej wspólnej pasji - podróżach, Rosji, Polsce i po prostu o życiu. Tak szybkie zbudowanie pozytywnych relacji jak tamtym razem zdarza mi się niezwykle rzadko, ale to chyba dlatego, że na co dzień nie mamy większego wpływu na kogo trafimy. Nasi kompani w szkole, pracy czy na zajęciach dodatkowych to najczęściej zwykłe dzieło przypadku. Na couchsurfingu tymczasem dzieje się zupełnie inaczej. Tu pierwsze wrażenie kreuje się już w momencie wysłania zapytania, a te zazwyczaj nie zawodzi. Tym razem tak właśnie było. I żadnego znaczenia nie miały tutaj chłodne relacje między naszymi państwami. Rozmowa oczywiście po pewnym czasie schodzi na polityczne tematy, ale rozmawiamy o tym tak, jakby działo się to gdzieś obok nas. Moi nowi przyjaciele rozumieją polski punkt widzenia na kwestię zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Najlepiej w tym jest obeznany Ewgenij, jego dziadkowie byli bowiem Polakami i mieszkali na terenach tzw. zachodniej Białorusi. Po nich odziedziczył m.in nazwisko, które jak zauważa jest bardziej polskie od mojego. Więcej polskości jednak w rodzinie Ewgenija się nie zachowało.
Rankiem następnego dnia udaję się do wydziału konsularnego polskiej ambasady w Moskwie. Chcę wyjaśnić pewną wątpliwość natury formalnej związaną z moim pobytem w Rosji. Polska placówka mieści się przy tzw. okrężnej linii metra, niedaleko dworca białoruskiego. Przyjęty zostaję naturalnie bez kolejki i uzyskuje odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Oddycham z ulgą. Jednocześnie obserwuję Rosjan czekających w kolejce do okienka wizowego. Nie jest ich jednak wielu. W Rosji (i nie tylko) panuje opinia, że wizę Schengen najtrudniej jest dostać właśnie w polskiej placówce. I chyba coś w tym jest, bo słuchając perypetii mojej koleżanki z Ukrainy starającej się o przyjazd do naszego kraju była to niemal droga przez mękę - w dodatku niezakończona szczęśliwym finałem. Ostatecznie wizę od ręki wydano jej w konsulacie hiszpańskim. W kwestii wiz troszeczkę lepszą sytuacją cieszą się Białorusini, ci bowiem za polską wizę krajową nie muszą nam w ogóle płacić. Niestety w praktyce zarabiają na tym hakerzy, którzy zdominowali system elektronicznej rejestracji wizyty i zarabiają na chcących uzyskać pozwolenie na wjazd. Samodzielne zarejestrowanie terminu wizyty graniczy podobno z cudem.
Po wizycie w konsulacie zrobiłem sobie bardzo długi spacer po moskiewskich ulicach. Zajęło mi to dobre kilka godzin, 

Wieczór spędzam oglądając z moimi gospodarzami mecz Polska-Rosja na siatkarskich mistrzostwach świata. Wśród nich nie wzbudza on jednak większych emocji. Popularność siatkówki nie przybiera tutaj takiej skali jak w naszym kraju. Pod tym względem Polska jest wyjątkowa w sportowym świecie. Wowa i jego współlokatorzy są zdziwieni pełną po brzegi salą, zwracają też uwagę na ogromną niechęć polskiej publiczności do Rosjan objawiającą się przy hymnie Sbornej. W sporcie gwizdanie na drużynę przeciwną nie jest niczym wyjątkowym, gorzej jeśli ta niechęć opuszcza sportowe areny. Wowa przytacza historię, która miała miejsce podczas jednej z jego autostopowych podróży po Polsce. Kierowca, który go podwiózł powiedział wtedy, że gdyby wiedział wcześniej, że Wowa jest Rosjaninem nigdy by się nie zatrzymał. Jednak ta niechęć między naszymi narodami przybiera najczęściej charakter jednostronny. Polska nie wzbudza tu na ogół negatywnych emocji. Rosjanie właściwie nie mają nas za co nie lubić, a naszego punktu widzenia najczęściej zwyczajnie nie rozumieją. Nikt nie stara się też im go specjalnie wytłumaczyć, bo stosunki rosyjsko - polskie nie zajmują w Rosji tyle miejsca co polsko - rosyjskie w Polsce. Polski głos w rosyjskich mediach upodabnia się do wołającego na puszczy. A jeśli już jest przytaczany, to jako część składowa brukselskiej polityki zagranicznej.
Rankiem powoli się pakuję. Wieczorem odjeżdżam do Petersburga. Plecak zostawiam jednak jeszcze u Wowy. Sam 
City położone jest bezpośrednio nad rzeką. Z daleka dostrzegam coś w rodzaju mostu. Właściwie okazała się to zadaszona kładka dla pieszych w której mieści się centrum handlowe. Po drugiej stronie Moskwy jeszcze chwilę zatrzymuję się na tarasie widokowym, który upodobali sobie miłośnicy fotografii. Świetnie widać stąd moskiewskie wysokościowce. Sam ruszam jednak dalej w stronę moskiewskiego parku zwycięstwa. Powstał pod koniec lat 50 na pamiątkę wygranej z hitlerowskimi Niemcami. To miejsce to chyba książkowy przykład sowieckiego rozmachu. Park składa się z dwóch części, w jego centrum znajduje się muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i obelisk o wysokości 141 metrów zakończony rzeźbą bogini Nike. Z jednej strony prowadzi do niego ogromny plac z mnóstwem fontann. Dostrzegam tu dzieci ubrane w coś, co ma chyba imitować wojskowe mundury. Jak widać 

Wieczorem na stacji metra odbieram od Wowy plecak i dziękuję mu za gościnę. Wręczam mu też małą pamiątkę, którą przywiozłem oczywiście z Polski. Po tym każdy z nas odjeżdża w inną stronę. Ja udaję się w stronę północnego końca miasta, dwukrotnie muszę zmienić linie metra. Do stacji Ricznyj Wokzał dojeżdżam po ponad godzinie. Bilet kupiłem jeszcze w Polsce dlatego tym się martwić nie muszę. Więcej trudności sprawia mi odnalezienie miejsca odjazdu autobusu. Ricznyj Wokzał to właściwie nie jest dworzec. To dziki przystanek setek busów odjeżdżających głównie na położony niedaleko port lotniczy Szermietowo. Mnóstwo tu także nielegalnych taksówek. Co chwilę któryś z jej właścicieli oferuje mi podwiezienie. Nie korzystam. Szukam kogoś, kto może mi pomóc w odnalezieniu miejsca odjazdu. Po kilku próbach wreszcie znajduję kogoś, kto zna realia tego miejsca. Uspokajam się, gdy widzę innych czekających na podróż w kierunku północnym.
Autobus, na który kupiłem bilet okazuje się być busem, w dodatku wypełnionym po brzegi. Szczęśliwie jestem na tyle zmęczony, że perspektywa przejechania 700 kilometrów w takich warunkach nawet mnie nie przeraża. Wyjazd z Moskwy zajmuje mnóstwo czasu. Jest piątek i stolica pustoszeje. Mam okazję oglądać przez szybę mityczne korki na MKADZIE. 5 pasów w każdą stronę to tutaj zdecydowanie za mało. Gdy wreszcie udaje się nam opuścić Moskwę momentalnie zasypiam. Po kilku godzinach budzi mnie kołysanie. Bus przechyla się raz na prawą, raz na lewą stronę. Jest to nawet przyjemne. Jestem na tyle śpiący, że nie wzbudza to moich podejrzeń. Do czasu, aż przekracza dopuszczalną normę. Busem bardzo mocno szarpnęło na prawą stronę kierowca na szczęście zachował zimną krew i zdążył wyhamować na poboczu. Wszyscy pasażerowie się obudzili, nikt jednak nie pyta się co się stało. Kierowca również nie fatyguje się nas o niczym poinformować. Rozpoczynają się ponad dwugodzinne warsztaty samochodowe. Koło busa zostało uderzone młotkiem chyba na wszystkie możliwe sposoby. Nie znam się na motoryzacji, niemniej narzędzie używane przez mechanika wydaje mi się troszeczkę nieodpowiednie. Niecierpliwię się i zaczynam bardzo doceniać pracę polskiej policji, która przed każdą z moich wycieczek szkolnych sprawdzała stan techniczny pojazdu. Kiedy zaczynam już myśleć, że przyjdzie mi zostać do końca życia na tym polu gdzieś za Nowogrodem kierowca doznaje olśnienia. Wyjmuję lewarek i zmienia koło. Gdy ruszamy mówię do dziewczyny siedzącej obok, że powinniśmy otrzymać odszkodowanie. Po jej odpowiedzi wiem, że wszyscy jesteśmy z góry na straconej pozycji. Wzdycham bezradnie i rezygnuję z naprawiania Rosji.
Do Petersburga dojeżdżamy z trzygodzinnym opóźnieniem. Dostaję od mojego hosta informację, że jego kolega odbierze mnie ze stacji metra Lesnaya. Tam poznaję Aloszę. Jak się zaraz okaże będzie to bardzo krótka znajomość. W Petersburgu spotkało mnie to, na co naraża się każdy couchsurfer, mianowicie host, który nie wywiązuje się z roli do której się zobowiązał. Roma nie miał opinii od innych użytkowników na portalu, mimo to postanowiłem zaryzykować. Jak się okazało popełniłem błąd. Gdy przyjechałem, w ogóle nie było go w Petersburgu, spędzał czas ze swoją dziewczyną na jakimś festiwalu kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Dołączyć miał do niego Alosza, a cała trójka wrócić miała następnego dnia. Z racji tego, że nie chciałem się do nich przyłączyć, bo interesowało mnie zwiedzanie miasta chcieli mi zostawić klucze od mieszkania. Ta sytuacja była dla mnie bardzo niekomfortowa i przeczucie podpowiadało mi żebym nie skorzystał z tej propozycji. Couchsurfing zawiódł, couchsurfing pomógł. Szczęśliwie na horyzoncie pojawił się plan B. Do tego miasta nie jechałem bowiem całkiem w ciemno. Pod koniec 
Jednak za nim nastała noc spędziłem z Yanitą i jej znajomymi bardzo udany dzień w carskiej stolicy, która od razu po przyjeździe zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. I nie chodzi tutaj o architekturę miasta i jego atmosferę, ale coś o 
To wszystko sprawia, że Petersburg jest kulturalną stolicą Rosji. Ma tutaj siedzibę ministerstwo kultury. Petersburżanie są dumni ze swojego miasta i z dozą pogardy wypowiadają się o Moskwie i jej mieszkańcach. Nie chcą jednak przenosić stolicy, bo to zniszczyłoby unikatowy klimat miasta. Oni nie muszą być górą na papierze, wystarczy im, że są nią mentalnie i nie zostali jeszcze zniszczeni przez moskiewską pogoń za pieniądzem.
W Petersburgu wszystko wydaję się specyficzne. Architektura, klimat, ludzie. Także nocne życie różni się od powszechnie przyjętego obrazu. Zwraca uwagę ogromna ilość miejsc otwartych całoodobowo. I nie są to tylko restauracje i kawiarnie, ale nawet księgarnie. Ciekawą rzeczą są także tzw. antycafe. Tutaj nie płaci się za ilość wypitych kaw, ale za spędzony w tym miejscu czas. Napoje są w cenie wejścia. Przychodzi tutaj mnóstwo osób by posłuchać muzyki, obejrzeć alternatywne kino, czy posłuchać poezji. To wynalazek czysto rosyjski i cieszy się tutaj ogromną popularnością. Sklepy również otwarte są tutaj przez całą dobę. W nocy nie można jednak w nich kupić mocnego alkoholu. Oficjalnie. Nieoficjalnie zaś sprzedawca w jednym z marketów wskazuje mi sklep w którym można takie zakupy również nocą zrobić. Naturalnie w drodze wyjątku.

Po kilkunastu minutach marszu pole wreszcie się kończy, a zaczyna miasto. W radiu słyszę już język estoński. Iwangorod leży na prawym brzegu Narwy, która oddziela go od estońskiego miasta o tej samej nazwie. Przez granicę przechodzę szybko i bezproblemowo. W Narwie nie zostaję długo - od razu zmierzam w stronę drogi wylotowej na Tallinn, do którego jest stąd jakieś 240 km. W przeciwieństwie do białorusko-rosyjskiego odcinka podróży w Krajach Bałtyckich mam zamiar jechać autostopem. Decyduję się na to zachęcony opowieściami autostopowiczów, którzy odwiedzili te kraje właśnie tym sposobem. W Rosji ze względu na duże odległości i utożsamianie autostopu z taksówką nie chciałem ryzykować.
Po kilku minutach "łapania" zatrzymuje się samochód. Poznaję Ksenię, która jest Rosjanką z estońskim paszportem 
Po zakwaterowaniu się w hostelu wyruszam na spacer po estońskiej stolicy. Pogoda jest co najmniej niezachęcająca. 
Rano trochę błądzę zanim wreszcie znajduję miejsce odjazdu mojego autobusu, którym dojadę na koniec miasta. W 
Rydze w przeciwieństwie do Tallinna nie udało się zatuszować niechlubnej przeszłości. Dużo tu sowieckich pamiątek, wiele budynków wymaga też remontu. Stare miasto jest podobne do warszawskiego, niektóre kamienice są nawet łudząco podobne. To pewnie dlatego Ryga była planem zdjęciowym dla filmu "Dzieci Ireny Sendlerowej". Pozytywne wrażenie robi na mnie Dźwina, która jest tutaj bardzo szeroka i odbijając kolory pochmurnego nieba wygląda trochę mrocznie.
Rano dziękuję Janisowi za gościnę i powtarzam rytuał z wczoraj. Jadę autobusem na drogę wylotową w stronę Litwy i 
Do tej podróży wracam z wielką satysfakcją. Przez 10 dni przemierzyłem ponad 3 tys. km, odwiedziłem 4 wschodnioeuropejskie stolice, spojrzałem na świat z innej perspektywy. Poznałem wspaniałych ludzi, którym jestem bardzo wdzięczny za okazaną mi pomoc. Dzięki nim, moim rodzicom i znajomym z którymi byłem w ciągłym kontakcie nie był to do końca samotny wyjazd. Udało mi się obalić kilka stereotypów na temat Rosji i mam nadzieję, że dzięki tej relacji chociaż część osób będzie podchodziła z większą otwartością do mieszkańców innych krajów. We wszystkich państwach są bowiem dobrzy i źli ludzie, a wszelkie uogólnienia są po prostu bezzasadne. Wszędzie, gdzie byłem pozostaje jeszcze wiele do zobaczenia. Jak widać z relacji typowo turystyczne obiekty omijałem szerokim łukiem. Nie determinował tego czynnik ekonomiczny, ale przede wszystkim mój sposób na poznawanie nowych miejsc, co według mnie jest trudne z perspektywy muzealnych wnętrz. Z resztą, gdyby naprawdę to mnie interesowało, wykupiłbym wycieczkę z biura podróży. Tego jednak nie chcę robić, bo to zabija radość z podróżowania, które według mnie musi mieć jakąś dozę ryzyka i tajemniczości. Dobrze jest czasem ruszyć w nieznane, bo dzięki temu zwiększa się nasza pewność siebie i cały wyjazd zachowuje głęboki ślad w naszej świadomości. Człowiek wraca z takiej wyprawy troszeczkę innym. W tym miejscu przebiega granica między podróżą, a wycieczką.Na te ostatnie może przyjdzie jeszcze kiedyś czas, gdy nie będę mógł już robić tego, co sprawia mi największą radość. Kolejnego celu jeszcze nie wyznaczyłem, ale sądzę, że też będzie znajdował się na wschodzie. I mam nadzieję, że kolejną relacją również będzie dane mi się podzielić.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze