Reklama

Za Bugiem też jest świat. Podróż do Rosji i nie tylko.

05/10/2014 12:00

O autorze   Mateusz Demianiuk Absolwent I LO w Łosicach Student II roku Prawa i I roku Studiów Wschodnich na Uniwersytecie w Białymstoku Miłośnik Europy Wschodniej

Niedziela 14 września 2014 roku. Autobus relacji Białystok-Siemiatycze. Godziny wieczorne. Spoglądam za okno i żegnam się z moim miastem. Moim, od niedawna. Tutaj mieszkam od roku, studiuję, pracuję. Tu zaczął się dla mnie nowy, ciekawszy etap życia. Mówią, że to Polska B, koniec świata. Miejsce skąd daleko jest wszędzie. Może. Ja jednak tego tak nie widzę. Tutaj się odnalazłem i jest mi tu dobrze. Nie ma tu wielkomiejskiego zgiełku, jest za to piękna przyroda. Nie ma wielu zabytków, są za to przyjaźni ludzie. Można tak wymieniać długo. Mi jednak najbardziej podoba się to, że spacerując po mieście, na jednej ulicy usłyszysz dźwięk organów, a na drugiej cerkiewny chór, język polski i podlaski dialekt. Świat wschodu i zachodu. Ta atmosfera miasta sprawia, że czas płynie wolniej. Jest czas na refleksję, jest czas na marzenia.

Powoli światła miasta gasną, zaraz też noc bierze górę nad dniem. Przez szybę spoglądam na wschód. Towarzyszy mi mały niepokój, ale jednocześnie podekscytowanie. Jutro mam wyruszyć w podróż - właśnie w tamtym kierunku. Zawsze bardzo się cieszę na takie wyprawy. Kierunek, który obrałem wydaję się przecież taki nieokiełznany, dla wielu też nudny i niebezpieczny. Nie dla mnie. Ja od najmłodszych lat spoglądałem tam z zaciekawieniem. Na tyle sobie mogłem pozwolić. Granica wydawała się być trudna do przebycia, w dodatku nikt z bliskich nie podzielał mojej pasji. "Tam? A po co?" Tyle tylko słyszałem. Wszystko się zmieniło, gdy trochę podrosłem. Teraz już sam mogę realizować swoje marzenia.

Reklama

Od dworca do domu podwozi mnie tata. Moja rodzinna wioska leży 15 km od granicy z Białorusią. Tylko tyle i aż tyle. Granica to duże słowo. Oznacza obszar oddzielający dwa państwa. W praktyce jest to zaorany pas ziemi, słupki i tablice informacyjne. Wydawałoby się nic wielkiego. Ona jest jednak przede wszystkim w głowach. I to tylko ludzi. Zwierzęta sobie nic z niej nie robią. Przekraczają ją kiedy chcą i gdzie tylko chcą. Ja do tego muszę się przygotować. Trzeba wypełnić dokumenty, kupić ubezpieczenie, poinformować o celu pobytu. Wreszcie odwiedzić konsulat i opłacić wizę. W czasie wyprawy potrzebne są jeszcze noclegi. Te zdobyłem poprzez portal couchsurfing.com, na którym podróżnicy oferują sobie bezinteresowną pomoc. Polega to na znalezieniu hosta, który jest gotów zaoferować ci miejsce w czasie wyprawy. Na szczęście wszystko to mam już za sobą. Ba, czuję się trochę jak rutyniarz - przecież to już kolejny raz. Tym razem mam jednak pojechać dalej - do Rosji, największego kraju świata, miejsca gdzie rozwinęło się najgorsze przekleństwo XX wieku - komunizm. Ponoć nadal pozostawia on ślad w rosyjskiej świadomości. Przez to wszyscy ostrzegają mnie przed tą podróżą. "Okradną cię, pobiją, będą chcieć łapówkę". Nic sobie z tego nie robię. Toteż pakuję plecak i gaszę światło.

Rano żegnam się z mamą. Tata odwozi mnie na dworzec w Terespolu. Po drodze dużo rozmawiamy, ojciec bardzo mi kibicuje. Chce, żebym "przetarł mu szlak", a w przyszłym roku, gdy będzie już na emeryturze, poprowadził go aż do Władywostoku pociągiem Kolei Transsyberyjskiej. To jego wielkie marzenie. Nie mówię nie, ale na razie zajmę się "przecieraniem". Ściskamy sobie ręce, po czym tata znika w dworcowym korytarzu. Kupuję bilet na pociąg transgraniczny relacji Terespol-Brześć, następnie przechodzę polską odprawę paszportową i wsiadam do pociągu. Na dobrą sprawę Polska kończy się już na peronie numer jeden terespolskiego dworca. Zdecydowana większość pasażerów to Białorusini . Przyjeżdżają do Polski na zakupy. Po ich stronie Bugu szaleje inflacja, a kołchozowe rolnictwo jest mało wydajne - stąd też wysokie ceny żywności. Zaopatrują się tutaj również w sprzęty elektroniczne i ubrania. U nas nie kupują tylko benzyny i używek. Te towary są wyraźnie tańsze w kraju Aleksandra Łukaszenki.

Reklama

Pociąg rusza. Przez okno widzę odprowadzający nas samochód Straży Granicznej, tak na wszelki wypadek, żeby

nikt z gości nie zdecydował się nagle zostać w kraju nad Wisłą. Mijam Bug. Przestawiam wskazówki zegara o godzinę do przodu. Zanim dojedziemy do brzeskiego dworca minie jeszcze 10 minut. Przez ten czas pociąg pokona przygraniczne szuwary niedostępne dla nikogo, oprócz funkcjonariuszy granicznych. Taka wewnętrzna granica, którą wymyślono jeszcze w czasach ZSRR, zabezpieczona  dodatkowo wysokim płotem i czujnikami ruchu. Wreszcie pociąg dojeżdża do warszawskiej strony brzeskiego dworca. Jest jeszcze moskiewska. Tak Białorusini uhonorowali dwa państwa, które odwiecznie rywalizowały o ich dzisiejsze ziemie. W porównaniu do mojej ostatniej wizyty w stolicy Polesia dużo się tu zmieniło. Wykonano zadaszenie peronów i zamontowano elektroniczne tablice. Całość robi naprawdę dobre wrażenie. Od białoruskiego pogranicznika dostaję karteczkę migracyjną. Pytam, czy będzie ważna na Rosję, bo wiem, że między

tymi państwami nie ma fizycznej granicy. Takie wschodnie Schengen. Odpowiada, że tak. Na "migracyjce" wpisuję swoje dane, cel i długość pobytu oraz numer wizy. Jeśli będę na terytorium Federacji Rosyjskiej dłużej niż 7 dni roboczych, muszę zdobyć na niej stempel meldunkowy. Trzeba jej strzec równie mocno jak paszportu, bo utrata tego dokumentu oznacza poważne kłopoty przy powrocie. Po kontroli paszportowej czas na celną. Podchodzę do ślicznej celniczki (mam wrażenie, że do pracy na granicy oddelegowują najatrakcyjniejsze kobiety, ot tak, żeby zrobić dobre wrażenie) i otwieram plecak. Wyraźnie nie ma ochoty go dokładnie sprawdzać, każe zamknąć, uśmiecha się i życzy powodzenia.

Pierwszą granicę mam już za sobą. Do odjazdu pociągu jeszcze jakieś półtorej godziny, także udaję się wymienić dolary na białoruskie ruble. Przed kantorem duża kolejka. Ludzie wyraźnie poirytowani. Pomimo, że są dwa okienka, otwarte jest tylko jedno. Trzeba odstać swoje. Procedura wymiany trwa szybko tylko jeśli wymienia się walutę obcą na ruble. Tymczasem Białorusinów interesuje wymiana w odwrotnym kierunku. Rubel ciągle traci na wartości, stąd też chcą zabezpieczyć swoje finanse. Mimo, że kolejka skraca się powoli nikt nie chce skorzystać z oferty cinkciarzy. Tak, tutaj czarnorynkowa wymiana waluty nadal istnieje i chyba ma się dobrze. "Handlowiec" podchodzi i do mnie i łamaną polszczyzną, szeptem proponuję wymianę. Ignoruję go, chociaż oferuje lepszy kurs. Zniechęcony odchodzi. Wreszcie i ja staję w okienku. Za 10 dolarów otrzymuję 105000 tys. białoruskich rubli. Nieźle, co?

Reklama

Czasu zostało już niewiele, także prędko udaję się do pociągu. Bilet na szczęście można już kupić przez internet. Pokazuję prowadnicy paszport i wchodzę do pociągu. Celowo użyłem rosyjskiego terminu, gdyż słowo "konduktor" w odniesieniu do tego zawodu jest nie do końca trafne. Prowadnik jest tu w każdym wagonie, to taki swoisty opiekun. Sprawdza bilety, wydaje pościel i drobne posiłki, budzi pasażerów przed stacją docelową. Różnic jest jednak więcej. Wagon składa się z miejsc leżących. Na wschodzie z racji dużych odległości praktycznie nie jeździ się pociągami w pozycji siedzącej. Znajduję swoje miejsce. Na przeciwko mnie umiejscawiają się dwie kobiety. Babcia z wnuczką. Jadą do rodziny, do Mogilewa we wschodniej Białorusi. Słyszę, że nie były tam już kilka lat. Wyjmują mnóstwo jedzenia i kładą na półce. Następnie wnuczka wspina się na górne miejsce i zasypia. Babcia jeszcze przez pewien czas czyta jedną z popularnych na Białorusi gazet. Ja się nie kładę. Do Mińska będę jechał tylko 4 godziny. Spoglądam przez okno i słucham muzyki. O ile w okno patrzeć nie muszę, to muzyka jest już obowiązkowa. Dźwięk wydobywa się z głośników umieszczonych w wagonie, piosenki wyłącznie po rosyjsku. W tym jedna z refrenem "moja Rosja". I nikogo to nie dziwi. Białorusin w chwili obecnej to rzeczownik odnoszący się bardziej do miejsca zamieszkania, a nie do narodowości. Białoruską świadomość narodową ma wąska grupa naszych sąsiadów, po białorusku mówi jeszcze węższa. Sam zwykłem nazywać ten język "drogowym", bo jest obecny niemal tylko na przydrożnych tablicach. Wszędzie indziej dominuje rosyjski. W czasach sowieckich przejechał on jak walec po białoruskiej mowie. Efekty trwają do dziś. I śmiem wątpić, czy coś w tej kwestii może się zmienić.

Przed Mińskiem odbieram telefon. To Juliya. Poznaliśmy się w zeszłym roku, kiedy to przyjechałem zobaczyć białoruską stolicę po raz pierwszy. Mówi, żebym poczekał na nią dziesięć minut na dworcu, bo coś ją zatrzymało po drodze. Umawiamy się przy głównym wyjściu, naprzeciwko "wrót Mińska". To dwa bliźniacze, socrealistyczne budynki witające podróżnych. W Mińsku próżno szukać zabudowy w innym stylu. Miasto ucierpiało w wyniku działań

wojennych i zostało wybudowane według nowej mody. Niemniej zrobiono to przy zachowaniu porządku architektonicznego i centrum, przynajmniej na mnie robi bardzo dobre wrażenie. Jest Juliya. Witamy się. Nie widzieliśmy się cały rok, także jest o czym rozmawiać. Proponuję, abyśmy poszli do "Wasilków" (biał. chabry) - to narodowa restauracja białoruska w samym centrum miasta. Byliśmy w niej już poprzednio. Tam nadrabiamy zaległości. Juliya jest ciekawa, jak sobie radzę po przeprowadzce, pyta o podróż, daje cenne wskazówki. Sama opowiada mi o swojej nowej pracy. Jest prezenterką wiadomości kulturalnych w jednej z nielicznych białoruskojęzycznych stacji telewizyjnych. Mówi o tej pracy z pasją, widać, że trafiła na coś, co sprawia jej wielką radość. Niemniej poważnie zastanawia się nad wyjazdem do Moskwy, gdyż tam można zarobić zdecydowanie więcej. W pewnym momencie przechodzi na język białoruski jakby chcąc wzmocnić swoją wypowiedź. Jestem pod wrażeniem, bo w zeszłym roku gdy ją o to poprosiłem wyraźnie się męczyła próbując wyrażać się w tym języku. Juliya komentuje to krótko. Praca motywuje. Mimo to szybko ją proszę o powrót na język rosyjski. Jest on mniej podobny do polskiego, jednakże jestem już z nim dobrze oswojony. Proszę ją jeszcze o sprawdzenie moich podziękowań dla rosyjskich hostów pod kątem błędów. "Jest ok" - odpowiada z uśmiechem. Kończymy kolację i udajemy się w stronę dworca autobusowego. Tam mówię Juliyi do następnego razu i wsiadam do autobusu. Za 12 godzin mam być w Moskwie.

Budzę się o świecie i przestawiam zegarek o kolejną godzinę. Autobus jedzie dalej. Do Moskwy jeszcze jakieś 300 km. Zaciekawia mnie widok za oknem. Na horyzoncie tylko nieużytki, żadnych domów. Główna droga jest dobrej jakości, ale te boczne, które od niej odchodzą wyglądają już zdecydowanie gorzej. Na niebie chmury, a nad ziemią unosi się gęsta mgła. Drzewa wyglądają jak listopadowe, w ogóle wszystko w około sprawia wrażenie zgniłego. No ładnie, myślę sobie. I zasypiam znowu.

Reklama

Ponownie otwieram oczy już gdzieś na przedmieściach Moskwy. Ma tu miejsce jakaś wielka przebudowa drogi. Jedziemy bardzo wolno. Obserwuję ogromne bloki i pędzących do pracy ludzi. Moją uwagę przyciągają bilbordy. Podobnie jak u nas, w Rosji obserwuję się przesyt absolwentów kierunków humanistycznych, stąd też prowadzona jest kampania społeczna mająca zachęcić do studiowania na uczelniach technicznych i przyrodniczych. Zachęca w oryginalny sposób. Na tablicy widnieje symbol C2H5OH z podpisem "Umiem chemię, wiem co piję" Luźne podchodzenie do własnych wad jest czymś jak najbardziej pozytywnym, ale czy ten napis serio jest z przymrużeniem oka? Mam nadzieję się dowiedzieć. Droga na dworzec autobusowy w północno-wschodniej części miasta trwa jeszcze jakieś półtorej godziny. To dlatego, że Moskwa jest miastem korków. Tutaj są one codziennością nawet na MKADZIE - 10 pasmowej, 109 km obwodnicy miasta. Po części winni są temu sami Rosjanie, którzy umiłowali sobie duże samochody, będące dla nich znakiem prestiżu i społecznej pozycji. Przez szybę widzę mnóstwo aut, bynajmniej niekompaktowych, wewnątrz których znajduję się tylko kierowca. Każdy sprawia wrażenie rozdrażnionego, a na drodze widzi przede wszystkim siebie. Moskiewskie ulice to uosobienie walki, która toczy się między mieszkańcami największego miasta Europy. Tutaj liczę się tylko ja i moje interesy. Ty jesteś co najwyżej środkiem do osiągnięcia mojego celu. Na szczycie tej drabinki są moskiewscy miliarderzy, na dnie- bezdomni i żebracy. Zarówno tych wygranych, jak i przegranych jest tu mnóstwo.

Wreszcie dojeżdżamy na Szelkowski. Kontrast w porównaniu z mińskim dworcem autobusowym jest ogromny - na minus. Jest tu po prostu obskurnie. Niemniej ludzi jest naprawdę mnóstwo, a sądząc po napisach na autobusach przyjeżdżają tu tysiące podróżnych z Rosji i zagranicy. Może to pierwsze, negatywne zetknięcie z Moskwą ma zniechęcić emigrantów do szukania  szczęścia w rosyjskiej stolicy? Tych już na starcie widzę bardzo wielu, to głównie skośnoocy przybysze z byłych republik radzieckich. Rosja to dla nich jedyna z możliwych dróg do lepszego życia. Dostanie się dalej na zachód graniczy z cudem. Choć i tu nie mają lekko. Policja i funkcjonariusze FMS (Federalna Migracyjna Służba Rosji) urządzają na nich regularne polowania. Ci, którzy nie mają pozwolenia na pobyt w Moskwie są natychmiast wydalani tam, skąd przybyli. Niemal od razu dostrzegam takiego pechowca. Prowadzony jest przez dwóch funkcjonariuszy do samochodu. Głowę ma spuszczoną w dół. Ukrywa przegraną twarz.  "

Reklama

Zaglądam do wnętrza dworca. Nie zaskakuję się. W środku wygląda tak samo źle. Jedyne, na co zwracam uwagę, to bramki do wykrywania metali tuż przy wejściu. Te jak się potem okaże, będą towarzyszyć mi przez cały pobyt w Rosji. Są w metrze, na dworcach kolejowych i wszędzie tam, gdzie przewija się dużo ludzi. Rosjanie wciąż mają w pamięci krwawe zamachy terrorystyczne w stolicy. Ostatni miał miejsce w 2010 roku na dwóch stacjach linii Sokolniczeskiej. Tej  samej, którą ja mam się dostać na południowy zachód miasta. Moim celem jest stacja "Uniwersytet", to na niej ma na mnie czekać mój moskiewski host - Władimir. Wchodzę do metra. Stacja Szelkowski to ostatni przystanek niebieskiej linii. Bilet kupuję w automacie, kosztuje mnie to 40 rubli (około 4 zł) Szczęśliwie w rosyjską walutę wyposażyłem się jeszcze w Polsce. Przed zjazdem na peron jeszcze pilnie studiuję plan moskiewskiego metra. W centrum mam się przesiąść na czerwoną linię, którą dojadę do uniwersytetu. Nie mam z tym problemów. Przejście jest świetnie oznaczone. Całą drogę, która trwa około 40 minut trzymam swój 70 litrowy plecak na ziemi, tak żeby mieć nad nim pełną kontrolę. Bezpieczeństwa nigdy za wiele. Gdy wreszcie wychodzę na powierzchnię dzwonię do Wowy, który zjawia się po 10 minutach. Ma 25 lat i jest programistą na moskiewskim uniwersytecie im. Łomonosowa. Razem udajemy się do pobliskiego centrum handlowego, żeby coś zjeść. Nie rozmawiamy długo, bo Władimir musi wracać do pracy. Odprowadzam go pod gmach uniwersytetu i przekazuję w depozyt swój plecak. Ponownie mamy się spotkać o 21 w metrze. Ruszam więc samotnie w kierunku wskazanym przez Wowę. Mam nadzieję dostać się do centrum.

Reklama
Gdy mój host znika za drzwiami jednego z budynków MGU (skrót od nazwy uniwersytetu) mam czas przyjrzeć się dokładniej całemu kompleksowi. Jego sercem jest budynek o wysokości 240 m. To jedna z siedmiu moskiewskich sióstr warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. Pod zegarami tego monumentalnego obiektu, na wysokości ponad 100 m. mieści się akademik. Tutaj określenie na poziomie nabiera nowego znaczenia. Cały teren kampusu bardzo przypada mi do gustu. Jest tu bardzo spokojnie, w około rośnie mnóstwo drzew, są obiekty sportowe. Nie mniej stan budynków w których mieszczą się poszczególne wydziały pozostawia wiele do życzenia. One nadal świetnie pamiętają czasy Związku Radzieckiego. Spoglądam na to wszystko z głównej alei prowadzącej do MGU. Jednocześnie obserwuję też zmierzających na zajęcia studentów. Niektórzy spoglądają na mnie z małym zdziwieniem gdy fotografuję ich uczelnię, bo przecież dla nich wakacje skończyły się już z końcem sierpnia. Większość mijających mnie osób jest młodsza ode mnie, a to dlatego, że w Rosji studia zaczyna się już w wieku 17 lat. Z jednej strony pozwala to młodym ludziom szybciej wejść w dorosłe życie, z drugiej wymaga podjęcia ważnej życiowej decyzji w bardzo młodym wieku.

Powoli opuszczam teren uniwersytetu i zmierzam w kierunku północnym. Nagle rozpoznaję widok znany mi z oglądanych przed podróżą zdjęć. To Worobiowe Góry, najwyżej położona część Moskwy - około 220 m.n.p.m. Roztacza się stąd panorama na miasto. Kremla jeszcze nie widać, ale przepływająca w dole rzeka (imienniczka stolicy),  moskiewskie wieżowce zarówno te komunistyczne jak i tzw. city z najwyższymi drapaczami chmur w Europie kształtują się w piękny obraz. Od Wowy dowiedziałem się, że to jedno z ulubionych miejsc Moskwian, które często staję się tłem dla ślubnych fotografii. Wolny czas spędzają tu też biegacze i rolkarze, a na wijącej się wzdłuż rzeki ścieżce rowerowej  również miłośnicy dwóch kółek. Jednak ja nie spotykam prawie nikogo. Cóż, wtorkowe południe to

nie jest najlepsza pora na wypoczynek. Większość mieszkańców tego rozległego miasta jest jeszcze w pracy. Tego ogromu w tym miejscu jednak w ogóle nie dostrzegam. Czuję się tak, jakby Moskwa zaczynała się dopiero na drugim brzegu, dlatego powoli schodząc cały czas w dół zmierzam w jego kierunku. W pewnym momencie zostaję zaczepiony przez przechodnia, który pyta o drogę do MGU. Szczęśliwie to miejsce już poznałem, dlatego bez problemu wskazuję mu właściwy kierunek. Gdy ruszam dalej śmieję się do siebie. Jestem tu zaledwie kilka godzin, a już niczym stary mieszkaniec tłumaczę drogę. To się nazywa adaptacja w nowym środowisku.

Wreszcie dochodzę do metra. W kasie kupuję bilet na 11 przejazdów. Wchodzę do pociągu i zmierzam w kierunku stacji Biblioteka im. Lenina, w samym centrum miasta. Tam zatrzymuję wzrok na mozaice z patronem tego miejsca. Chodź moje poglądy nie mają nic wspólnego z komunizmem, jestem wyraźnie podekscytowany. Tutaj naprawdę czuję, że jestem za granicą, a świadomość, że dotarłem do miejsca w którym punkt widzenia na historię i cały współczesny świat jest zupełnie inny niż w mojej ojczyźnie dodaje smaku całej podróży. Sam budynek biblioteki, który znajduje się nad stacją również nie jest pozbawiony komunistycznych akcentów. Co prawda przed nim znajduje się pomnik  Dostojewskiego, ale już na samym budynku widnieje napis : Państwowa Biblioteka  ZSRR imienia Lenina. Z racji tego, że wódz rewolucji stał się już poniekąd moim  przewodnikiem podczas pierwszego moskiewskiego spaceru dalej podążam jego  szlakiem - za kierunek obieram Plac Czerwony.

Reklama

Już z daleka dostrzegam mury Kremla znane mi świetnie z ekranów  telewizora. Ich czerwień wyraźnie kontrastuje z mijanymi przeze mnie do tej pory, głównie szarymi budynkami. Czym bliżej serca stolicy, tym więcej widzę turystów. Nie podążam jednak za nimi, a zatrzymuję się pod murami Kremla. Aleja, na której  jestem, poświęcona została ofiarom Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (tak Rosjanie nazywają II wojnę światową). Pali się tu wielki znicz, którego strzegą dwaj ubrani w odświętne mundury żołnierze. Akurat ma miejsce zmiana warty. Wartownicy przemaszerowują przez całą aleję. Rosjanie z różnych części kraju, którzy razem ze mną są świadkami tej sceny zachowują przy tym ogromną powagę. Ale jest to inna powaga niż ta, którą obserwuje w podobnych okolicznościach w Polsce. U nas jest ona przepełniona głównie smutkiem i pamięcią o klęsce, tutaj w oczach przechodniów widzę po prostu dumę z wygranej. Czasy sowieckie ukształtowały  Rosjan jako zwycięzców. Zapłacili za to ogromną cenę, jednak osiągnięte korzyści również były wielkie. Dlatego tak wielkim hołdem otacza się tutaj tych, którzy za to zwycięstwo przelali swoją krew, a jeszcze większym tych, którzy im tą krew kazali przelewać. Przed bramą prowadzącą na Plac Czerwony widzę tego świetny przykład - ogromny pomnik marszałka Żukowa jadącego konno. Jest to nawiązanie do parady zwycięstwa w Moskwie w 1945 r. kiedy to główny według propagandy sowieckiej autor zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami przemierzył Plac Czerwony na białym rumaku. Przystaję tu na dłuższą chwilę. W pewnym momencie ktoś schyla się, kładzie kolejną czerwoną różę u stóp pomnika i odchodzi. Ja tymczasem zmierzam w stronę placu. W Bramie Zmartwychwstania będącą jego początkiem dostrzegam sklep z pamiątkami. Asortyment jest naprawdę szeroki - od pocztówek po dzieła sztuki nawiązujące do jajek Fabergé. W tym wszystkim dostrzegam również znak minionych

Reklama
czasów - symbole komunistyczne i podobizny sowieckich wodzów w najróżniejszych formach - od portretów po popiersia. Są tu także przedmioty,  których głównym motywem jest aktualny prezydent Rosji. Kupuję kilka pocztówek i  magnes. Ten ostatni dołączy do innych przywiezionych z miast położonych na wschód od Bugu. Wchodzę na Plac Czerwony. Zaraz za bramą mijam kobietę ubraną w chustę i proszącą o datek. Tych, którzy spełnią jej prośbę nagradza prawosławnym znakiem krzyża. Z daleka robię jej kilka zdjęć. Dostrzega, że jest głównym celem moich fotografii i odchodzi. Ja również tylko w odwrotnym kierunku. Zastanawiam się, jak to możliwe, że w reprezentacyjnym punkcie rosyjskiej stolicy komuś udaje się żebrać. Dochodzę do wniosku, że musi mieć jakiś układzie służbami, bo w przeciwnym razie już dawno wybiliby jej z głowy tą działalność. W Rosji takie osoby są "usuwane" natychmiastowo nawet z dworców, dlatego tym bardziej zdziwiła mnie jej obecność w sercu stolicy. Na Placu Czerwonym wieje silny wiatr kołyszący rosyjską flagą zatkniętą na Kremlu. Wszędzie tłumy przyjezdnych. Mi osobiście wydaje się zdecydowanie większy niż w telewizji. Na żywo wygląda o wiele bardziej monumentalnie i razem z cerkwią Wasyla Błogosławionego tworzy imponującą całość. Trochę żałuję, że nie jest dzisiaj 9 maja i nie obejrzę wojskowej defilady, ale na wszystko przyjdzie jeszcze pora. Także na Mauzoleum Lenina, które tym razem było zamknięte. Za cerkwią, czego nie widzimy w telewizji, plac opada w stronę rzeki i drogi biegnącej pod murami Kremla. Kiedy do niej dochodzę postanawiam zawrócić i pójść w zupełnie przeciwnym kierunku.  Nie wiem dokąd, chcę po prostu iść. Wierzę w potęgę moskiewskiego metra, także  nie obawiam się, że nie będę miał jak wrócić. Ruszam w stronę północnej części  miasta. Po drodze kupuję mapę stolicy. Tak na wszelki wypadek. Wszystko wygląda tak, jak w pozostałej części centrum, w której miałem okazję już być, mam tutaj na myśli długie szeregi bardzo podobnych do siebie budynków wybudowanych zapewne w czasach powojennych. Panuje tutaj porządek, ale w spółce z monotonią.  Właściwie mam wrażenie, że nie ruszam się z miejsca. Zmianę przynosi dopiero ulica Czistyje Prudy. Znajduję tu niewielkie jeziorka, wzdłuż których wśród drzew przebiegają alejki. Spoglądam na zegarek i widzę, że powinienem już wracać, aby zdążyć na umówioną z Wową godzinę na stację uniwersytet. Mam wyraźny problem z odnalezieniem miejsca w którym obecnie jestem na mapie, dlatego proszę kogoś przechodzącego obok o pomoc. Za jakieś 10 minut jestem już w metrze.

Na Wowę nie czekam długo. Po jakichś 5 minutach schodzi na peron. Oddaje  mi plecak z wyraźną ulgą. Razem jedziemy jeszcze jedną stacją. Podczas wędrówki  do mieszkania Wowa opowiada mi o tym rejonie Moskwy. To typowa dzielnica sypialna. Nie widzę tu niczego oprócz mieszkalnych bloków. Ciężko jest mi dostrzec różnicę między tymi z czasów sowieckich, a budowanymi współcześnie. Tych nowych o których mówi Wowa ciągle przybywa i są ogromne, nawet kilkunastopiętrowe. W środku to prawdziwe labirynty, czego dowiem się jednak po przyjeździe do Petersburga. Mój host mieszka w mniejszym bloku, pamiętającym jeszcze czasy sowieckie. W mieszkaniu poznaję jego współlokatorów - Romę i Nastię. Nie są couchsurferami ale cała idea jest im blisko znana ze względu na Wowę. Ten bowiem ma już bardzo duże podróżnicze doświadczenie. Wieczorem wreszcie mamy okazję dłużej porozmawiać. Podróże to jego największa życiowa pasja. Przejeździł Rosję autostopem, zwiedzi

Reklama
ł Europę, odwiedził Chiny, kilkakrotnie Indie. Samotnie przez miesiąc podróżował po Meksyku. W jego pokoju jest wielka mapa świata, na której zaznacza odwiedzone kraje. Może sobie na to pozwolić, bo jako programista zarabia dobre pieniądze, chociaż mógłby za swoją pracę otrzymywać nawet o połowę większe wynagrodzenie. Nie chce tego jednak, bo wtedy musiałby się podporządkować pracy. W chwili obecnej jest zaś zupełnie odwrotnie, ma swobodny grafik i bez przeszkód może oddawać się swojej pasji, a robi to bardzo intensywnie kosztem chociażby warunków mieszkaniowych pozostawiających wiele do życzenia. Z tego też powodu jestem jednym z pierwszych couchsurferów, którego przyjmuje Wowa. W jego pokoju nie ma po prostu miejsca dla więcej niż dwóch osób. Ja lokuję się na łóżku, podczas gdy Wowa ląduje na karimacie.

Następnego dnia wstajemy o tej samej godzinie. Wowa do pracy, ja na kolejną wędrówkę po Moskwie. Zobaczymy się dopiero wieczorem. Tutaj muszę napisać kilka słów o couchsurfingu. Jest to świetny sposób na podróżowanie, ale osobą, która chciałaby skorzystać z tego portalu nie może kierować jedynie czynnik ekonomiczny. Tu nie chodzi o zaoszczędzenie pieniędzy, ale przede wszystkim o poznanie nowych ludzi, ich kraju i ich kultury. Couchsurfing to nie jest hotel. Tutaj musisz w pełni podporządkować się zasadom rządzącym w danym miejscu i w miarę możliwości spędzać czas ze swoim hostem, a nie traktować go jak hotelową obsługę. Jest to w końcu osoba, która bezinteresownie pomaga ci spełnić swoje marzenia, musisz o tym pamiętać. Dlatego tutaj trzeba zachowywać się jak gość. Jeśli Twój host nie pije alkoholu, ty też tego nie rób. Jeśli jest wegetarianinem i proponuje ci kolację, nie grymaś tylko przysiądź się i spróbuj czegoś nowego. Musisz też mu po prostu zaufać i wystrzec się negatywnego myślenia, oczywiście nie zapominając o zdrowym rozsądku. Sam bywam zarówno couchsurferem jak i hostem i wiem, że tylko przestrzegając tych zasad można cieszyć się couchsurfingiem. Nie mniej na pewno nie każdy się do tego nadaje.

Kolejny dzień w Moskwie zacząłem od wizyty na Arbacie. To reprezentacyjna ulica stolicy zamknięta dla ruchu samochodowego. Naokoło znajduje się mnóstwo pubów, kawiarni i drogich restauracji. Właściwie tylko ceny są tam nadzwyczajne, cała reszta łącznie z zabudową nie stanowi niczego osobliwego. Śmiem twierdzić, że zdecydowanie lepsze wrażenie robi warszawski Nowy Świat. To miejsce ma jednak markę, a swoją popularność zawdzięcza oczywiście minionym czasom. Był to bowiem pierwszy deptak w Moskwie. Obecnie jest ich znacznie więcej, niektóre

Reklama
nie odbiegają urodą od tego najsłynniejszego, nie mogą jednak rywalizować popularnością z Arbatem bo ten zdążył już urosnąć do rangi symbolu Moskwy. Trafiam tutaj na stoisko ze starymi książkami, które mogłoby stanowić początek całkiem udanego antykwariatu. Nie mogąc się zdecydować na żadną, proszę o pomoc sprzedawcę, zaznaczając że interesuje mnie tematyka historyczna i podróżnicza. W pewnym momencie nawet pomyślałem, że zostałem zdemaskowany po akcencie bo proponował mi książkę Henryka Sienkiewicza. Ostatecznie decyduję się się na powieść o generale Kutuzowie. Kosztuje mnie całe 50 rubli (około 5 zł). Aby sprzedawca się nie rozmyślił, nie zabawiam więcej czasu na Arbacie i metrem udaję się w stronę Dworca Białoruskiego. Niebieskie mury tego budynku obecne w chyba każdym podręczniku do nauki języka rosyjskiego zawsze mi się podobały. A już szczególnie od momentu, kiedy poważniej zainteresowałem się koleją.

Przed dworcem spotykam mnóstwo osób rozdających ulotki i drobnych handlarzy. Głośno zachęcają przechodniów do zainteresowania się ich towarem. Najbardziej rozbawiła mnie kobieta trzymająca w dłoniach woreczek z telefonami. Wydaje mi się, że nie zdobyła ich w legalny sposób. Na peronie dworca czekam na przyjazd pociągu "Polonez" relacji Warszawa Zachodnia-Moskwa Białoruska. Podróż koleją na tej trasie trwa obecnie 18 godzin, a w składzie znajdują się jedynie wagony sypialne. Ja dotarłem do Rosji innym sposobem ze względu na ponad dwukrotnie niższy koszt. Kiedyś jednak chciałbym doświadczyć podróży tutaj bezpośrednim pociągiem z Polski. Wreszcie przyjeżdża. Na peronie pojawiają się wagony sypialne w barwach PKP Intercity. Obserwuję wychodzących z nich podróżnych. Polaków poza obsługą nie widzę, dominuje język rosyjski. Jedyny polski akcent, który dostrzegam

to torba na zakupy z jednego z supermarketów. Wniosek mam jeden. Ruch wizowy zabija relację polsko-rosyjskie i chyba na utrzymaniu tego połączenia zależy bardziej Rosjanom i Białorusinom aniżeli Polakom. Cóż, wiele się zmieniło od czasów sowieckich kiedy to "Polonez" był jednym z symboli polsko-radzieckiej przyjaźni... Ucinam sobie na ten temat jeszcze krótką pogawędkę z panią konduktor, po czym opuszczam teren dworca. Moja rozmówczyni też, chociaż tylko na kilka godzin. Tego samego dnia wyrusza bowiem w podróż powrotną do Warszawy.

Ja zostaję w Moskwie. Przechodzę przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle jak kilkudziesięciu innych podróżnych i znowu idę w nieznanym kierunku. Celowo podkreślam tutaj łamanie przepisów. Nie robią tego tylko kierowcy, ale również piesi. Nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba. Z natury jestem niecierpliwy i codzienne czekanie na zielone światło bardzo mnie irytuje. Tutaj zaś na czerwonym przechodzisz na własną odpowiedzialność i podporządkowujesz swoją decyzje aktualnej sytuacji, a nie mechanicznie zaprogramowanemu światełku. I nikt nawet nie pomyśli, żeby wlepić ci mandat. Za to przynajmniej ode mnie Moskwa ma ogromnego plusa.

Podążam dalej jej ulicami. Zatrzymuję się na poczcie, aby wysłać kupione wcześniej pocztówki. Nie tylko ja. Przede

mną w kolejce jest dwójka Australijczyków. Proszą po angielsku o dwa znaczki. Pani z okienka nie stara się nawet domyśleć, czego Ci państwo potrzebują. Z pomocą przychodzi jej koleżanka ze stanowiska obok. Australijczycy odchodzą zadowoleni. Mieli szczęście. Wiem od Wowy, że znajomość języka angielskiego wśród Rosjan, a zwłaszcza starszego pokolenia jest bardzo znikoma i wyjazd na wschód z nadzieją komunikowania się w tym języku może bardzo rozczarować.

Późnym popołudniem dostaję esemesa od Wowy. Jadę metrem na stację Czistyje Prudy. Tam czeka już mój host. Idziemy na spotkanie z jego znajomymi couchsurferami. W pubie poznaję Maxima, Ewgenija i Lenę. To był zdecydowanie mój najciekawszy wieczór w Rosji. Upłynął nam na rozmowach o naszej wspólnej pasji - podróżach, Rosji, Polsce i po prostu o życiu. Tak szybkie zbudowanie pozytywnych relacji jak tamtym razem zdarza mi się niezwykle rzadko, ale to chyba dlatego, że na co dzień nie mamy większego wpływu na kogo trafimy. Nasi kompani w szkole, pracy czy na zajęciach dodatkowych to najczęściej zwykłe dzieło przypadku. Na couchsurfingu tymczasem dzieje się zupełnie inaczej. Tu pierwsze wrażenie kreuje się już w momencie wysłania zapytania, a te zazwyczaj nie zawodzi. Tym razem tak właśnie było. I żadnego znaczenia nie miały tutaj chłodne relacje między naszymi państwami. Rozmowa oczywiście po pewnym czasie schodzi na polityczne tematy, ale rozmawiamy o tym tak, jakby działo się to gdzieś obok nas. Moi nowi przyjaciele rozumieją polski punkt widzenia na kwestię zarówno przeszłości jak i teraźniejszości. Najlepiej w tym jest obeznany Ewgenij, jego dziadkowie byli bowiem Polakami i mieszkali na terenach tzw. zachodniej Białorusi. Po nich odziedziczył m.in nazwisko, które jak zauważa jest bardziej polskie od mojego. Więcej polskości jednak w rodzinie Ewgenija się nie zachowało.

Rankiem następnego dnia udaję się do wydziału konsularnego polskiej ambasady w Moskwie. Chcę wyjaśnić pewną wątpliwość natury formalnej związaną z moim pobytem w Rosji. Polska placówka mieści się przy tzw. okrężnej linii metra, niedaleko dworca białoruskiego. Przyjęty zostaję naturalnie bez kolejki i uzyskuje odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Oddycham z ulgą. Jednocześnie obserwuję Rosjan czekających w kolejce do okienka wizowego. Nie jest ich jednak wielu. W Rosji (i nie tylko) panuje opinia, że wizę Schengen najtrudniej jest dostać właśnie w polskiej placówce. I chyba coś w tym jest, bo słuchając perypetii mojej koleżanki z Ukrainy starającej się o przyjazd do naszego kraju była to niemal droga przez mękę - w dodatku niezakończona szczęśliwym finałem. Ostatecznie wizę od ręki wydano jej w konsulacie hiszpańskim. W kwestii wiz troszeczkę lepszą sytuacją cieszą się Białorusini, ci bowiem za polską wizę krajową nie muszą nam w ogóle płacić. Niestety w praktyce zarabiają na tym hakerzy, którzy zdominowali system elektronicznej rejestracji wizyty i zarabiają na chcących uzyskać pozwolenie na wjazd. Samodzielne zarejestrowanie terminu wizyty graniczy podobno z cudem.

Po wizycie w konsulacie zrobiłem sobie bardzo długi spacer po moskiewskich ulicach. Zajęło mi to dobre kilka godzin,

a końca miasta naturalnie nie dostrzegłem. Podczas wędrówki zobaczyłem miasto z całkiem innej perspektywy niż do tej pory. Chodziłem po odległych od centrum rejonach, obserwowałem budowę metra i torów podmiejskiej kolejki. Niektóre miejsca mnie zaskoczyły, jak chociażby osiedle otoczone jednym z dopływów Moskwy. Prowadziła do niego

tylko jedna droga, w dodatku poprowadzona wśród gęstych zarośli. Metra tutaj naturalnie też nie było a kontakt ze światem zapewniały wyłącznie autobusy. Szare kolory wielkomiejskich bloków świetnie kontrastowały z zielenią otoczenia. Można się było poczuć jak w zupełnie innym mieście.

Wieczór spędzam oglądając z moimi gospodarzami mecz Polska-Rosja na siatkarskich mistrzostwach świata. Wśród nich nie wzbudza on jednak większych emocji. Popularność siatkówki nie przybiera tutaj takiej skali jak w naszym kraju. Pod tym względem Polska jest wyjątkowa w sportowym świecie. Wowa i jego współlokatorzy są zdziwieni pełną po brzegi salą, zwracają też uwagę na ogromną niechęć polskiej publiczności do Rosjan objawiającą się przy hymnie Sbornej. W sporcie gwizdanie na drużynę przeciwną nie jest niczym wyjątkowym, gorzej jeśli ta niechęć opuszcza sportowe areny. Wowa przytacza historię, która miała miejsce podczas jednej z jego autostopowych podróży po Polsce. Kierowca, który go podwiózł powiedział wtedy, że gdyby wiedział wcześniej, że Wowa jest Rosjaninem nigdy by się nie zatrzymał. Jednak ta niechęć między naszymi narodami przybiera najczęściej charakter jednostronny. Polska nie wzbudza tu na ogół negatywnych emocji. Rosjanie właściwie nie mają nas za co nie lubić, a naszego punktu widzenia najczęściej zwyczajnie nie rozumieją. Nikt nie stara się też im go specjalnie wytłumaczyć, bo stosunki rosyjsko - polskie nie zajmują w Rosji tyle miejsca co polsko - rosyjskie w Polsce. Polski głos w rosyjskich mediach upodabnia się do wołającego na puszczy. A jeśli już jest przytaczany, to jako część składowa brukselskiej polityki zagranicznej.

Rankiem powoli się pakuję. Wieczorem odjeżdżam do Petersburga. Plecak zostawiam jednak jeszcze u Wowy. Sam

udaję się w stronę moskiewskiego city. Chce z bliska zobaczyć te wieżowce, które obserwowałem już z Worobiowych Wzgórz. Z daleka wyglądają imponująco, jednak gdy jestem blisko widzę, że częściowo ciągle pozostają placem budowy. Na zakończenie prac ciągle czeka Wieża Federacji, której wysokość sięgać będzie 509 metrów. Będzie to najwyższy budynek w Europie, który zdetronizuje swojego sąsiada o wysokości 339 metrów. Dla porównania warszawski PKiN wraz z iglicą liczy 237 metrów.

City położone jest bezpośrednio nad rzeką. Z daleka dostrzegam coś w rodzaju mostu. Właściwie okazała się to zadaszona kładka dla pieszych w której mieści się centrum handlowe. Po drugiej stronie Moskwy jeszcze chwilę zatrzymuję się na tarasie widokowym, który upodobali sobie miłośnicy fotografii. Świetnie widać stąd moskiewskie wysokościowce. Sam ruszam jednak dalej w stronę moskiewskiego parku zwycięstwa. Powstał pod koniec lat 50 na pamiątkę wygranej z hitlerowskimi Niemcami. To miejsce to chyba książkowy przykład sowieckiego rozmachu. Park składa się z dwóch części, w jego centrum znajduje się muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i obelisk o wysokości 141 metrów zakończony rzeźbą bogini Nike. Z jednej strony prowadzi do niego ogromny plac z mnóstwem fontann. Dostrzegam tu dzieci ubrane w coś, co ma chyba imitować wojskowe mundury. Jak widać

Rosjanie przywykają do wojska już od najmłodszych lat. Ta część niespecjalnie mi się spodobała. Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu druga, na której terenie mieści się bardzo ładny park. Zostaję tutaj na dłuższą chwilę, oglądam wystawy sprzętu

wojskowego z czasów drugiej wojny światowej. W pewnym momencie coś zakłóca mi spokój i atmosferę tego miejsca. Słyszę muezzina nawołującego do modlitwy. Głos jest bardzo wyraźny - meczet musi się znajdować niedaleko. Jestem w szoku, że Rosjanie pozwolili na jego wybudowanie tak blisko miejsca, które jest symbolem ich zwycięstwa. Dochodzę do wniosku, że ekspansja islamu to problem nie tylko Europy Zachodniej.

Wieczorem na stacji metra odbieram od Wowy plecak i dziękuję mu za gościnę. Wręczam mu też małą pamiątkę, którą przywiozłem oczywiście z Polski. Po tym każdy z nas odjeżdża w inną stronę. Ja udaję się w stronę północnego końca miasta, dwukrotnie muszę zmienić linie metra. Do stacji Ricznyj Wokzał dojeżdżam po ponad godzinie. Bilet kupiłem jeszcze w Polsce dlatego tym się martwić nie muszę. Więcej trudności sprawia mi odnalezienie miejsca odjazdu autobusu. Ricznyj Wokzał to właściwie nie jest dworzec. To dziki przystanek setek busów odjeżdżających głównie na położony niedaleko port lotniczy Szermietowo. Mnóstwo tu także nielegalnych taksówek. Co chwilę któryś z jej właścicieli oferuje mi podwiezienie. Nie korzystam. Szukam kogoś, kto może mi pomóc w odnalezieniu miejsca odjazdu. Po kilku próbach wreszcie znajduję kogoś, kto zna realia tego miejsca. Uspokajam się, gdy widzę innych czekających na podróż w kierunku północnym.

Autobus, na który kupiłem bilet okazuje się być busem, w dodatku wypełnionym po brzegi. Szczęśliwie jestem na tyle zmęczony, że perspektywa przejechania 700 kilometrów w takich warunkach nawet mnie nie przeraża. Wyjazd z Moskwy zajmuje mnóstwo czasu. Jest piątek i stolica pustoszeje. Mam okazję oglądać przez szybę mityczne korki na MKADZIE. 5 pasów w każdą stronę to tutaj zdecydowanie za mało. Gdy wreszcie udaje się nam opuścić Moskwę momentalnie zasypiam. Po kilku godzinach budzi mnie kołysanie. Bus przechyla się raz na prawą, raz na lewą stronę. Jest to nawet przyjemne. Jestem na tyle śpiący, że nie wzbudza to moich podejrzeń. Do czasu, aż przekracza dopuszczalną normę. Busem bardzo mocno szarpnęło na prawą stronę kierowca na szczęście zachował zimną krew i zdążył wyhamować na poboczu. Wszyscy pasażerowie się obudzili, nikt jednak nie pyta się co się stało. Kierowca również nie fatyguje się nas o niczym poinformować. Rozpoczynają się ponad dwugodzinne warsztaty samochodowe. Koło busa zostało uderzone młotkiem chyba na wszystkie możliwe sposoby. Nie znam się na motoryzacji, niemniej narzędzie używane przez mechanika wydaje mi się troszeczkę nieodpowiednie. Niecierpliwię się i zaczynam bardzo doceniać pracę polskiej policji, która przed każdą z moich wycieczek szkolnych sprawdzała stan techniczny pojazdu. Kiedy zaczynam już myśleć, że przyjdzie mi zostać do końca życia na tym polu gdzieś za Nowogrodem kierowca doznaje olśnienia. Wyjmuję lewarek i zmienia koło. Gdy ruszamy mówię do dziewczyny siedzącej obok, że powinniśmy otrzymać odszkodowanie. Po jej odpowiedzi wiem, że wszyscy jesteśmy z góry na straconej pozycji. Wzdycham bezradnie i rezygnuję z naprawiania Rosji.

Do Petersburga dojeżdżamy z trzygodzinnym opóźnieniem. Dostaję od mojego hosta informację, że jego kolega odbierze mnie ze stacji metra Lesnaya. Tam poznaję Aloszę. Jak się zaraz okaże będzie to bardzo krótka znajomość. W Petersburgu spotkało mnie to, na co naraża się każdy couchsurfer, mianowicie host, który nie wywiązuje się z roli do której się zobowiązał. Roma nie miał opinii od innych użytkowników na portalu, mimo to postanowiłem zaryzykować. Jak się okazało popełniłem błąd. Gdy przyjechałem, w ogóle nie było go w Petersburgu, spędzał czas ze swoją dziewczyną na jakimś festiwalu kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Dołączyć miał do niego Alosza, a cała trójka wrócić miała następnego dnia. Z racji tego, że nie chciałem się do nich przyłączyć, bo interesowało mnie zwiedzanie miasta chcieli mi zostawić klucze od mieszkania. Ta sytuacja była dla mnie bardzo niekomfortowa i przeczucie podpowiadało mi żebym nie skorzystał z tej propozycji. Couchsurfing zawiódł, couchsurfing pomógł. Szczęśliwie na horyzoncie pojawił się plan B. Do tego miasta nie jechałem bowiem całkiem w ciemno. Pod koniec

sierpnia gościłem w Białymstoku Yanitę i Andreya, mieszkańców Petersburga. Podróżowali razem po Europie. Oczywiście oboje znali moje wakacyjne plany, zwłaszcza Yanita ciągle pozostawała w kontakcie ze mną. Naturalnie umówiliśmy się również na wspólne zwiedzanie byłego Leningradu. Niestety moim przyjaciołom warunki mieszkaniowe nie pozwalały na zaproszenie mnie do siebie. Jednak w okolicznościach, które miały miejsce Yanita znalazła dla mnie świetne, choć też nie do końca bezpieczne rozwiązanie. W tajemnicy ulokowała mnie w mieszkaniu jej rodziców, którzy akurat wyjechali na daczę. Noc więc spędziłem nie dość, że w obcym kraju i nieznanym mieście również w cudzym mieszkaniu. Życie couchsurfera jest pełne wrażeń.

Jednak za nim nastała noc spędziłem z Yanitą i jej znajomymi bardzo udany dzień w carskiej stolicy, która od razu po przyjeździe zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. I nie chodzi tutaj o architekturę miasta i jego atmosferę, ale coś o

wiele bardziej prozaicznego. Ceny. Te w Moskwie przyprawiały mnie o zawrót głowy, tutaj zaś są zdecydowanie przyjaźniejsze portfelowi zwykłego śmiertelnika. Wreszcie można tu znaleźć coś na kształt barów mlecznych, które tutaj są określanie mianem stołówek. Właśnie w takim miejscu umawiam się z Yanitą i stąd wyruszamy na wędrówkę po Petersburgu. To miasto diametralnie różni się od Moskwy. Tam dominował sowiecki monumentalizm, tutaj zaś centrum jest od niego całkowicie wolne i utrzymało swój carski klimat. Ciekawych miejsc jest tutaj naprawdę mnóstwo i nawet opisanie tych, które ja zdążyłem odwiedzić w czasie mojego dwudniowego pobytu w Petersburgu musiałoby zająć mnóstwo czasu. Mi szczególnie przypadają do gustu bulwary położone bezpośrednio nad Newą. Rzeka jest tutaj szeroka, a położone wzdłuż niej stare kamienice świetnie się wkomponowują w jej nurt. To miejsce upodobali też sobie artyści, których jest tutaj naprawdę mnóstwo. Z resztą nie tylko tutaj. Można ich spotkać też w pozostałych częściach miasta. Oprócz malarzy mnóstwo jest tu muzyków. W ich repertuarze dominuje muzyka klasyczna.

To wszystko sprawia, że Petersburg jest kulturalną stolicą Rosji. Ma tutaj siedzibę ministerstwo kultury. Petersburżanie są dumni ze swojego miasta i z dozą pogardy wypowiadają się o Moskwie i jej mieszkańcach. Nie chcą jednak przenosić stolicy, bo to zniszczyłoby unikatowy klimat miasta. Oni nie muszą być górą na papierze, wystarczy im, że są nią mentalnie i nie zostali jeszcze zniszczeni przez moskiewską pogoń za pieniądzem.

W Petersburgu wszystko wydaję się specyficzne. Architektura, klimat, ludzie. Także nocne życie różni się od powszechnie przyjętego obrazu. Zwraca uwagę ogromna ilość miejsc otwartych całoodobowo. I nie są to tylko restauracje i kawiarnie, ale nawet księgarnie. Ciekawą rzeczą są także tzw. antycafe. Tutaj nie płaci się za ilość wypitych kaw, ale za spędzony w tym miejscu czas. Napoje są w cenie wejścia. Przychodzi tutaj mnóstwo osób by posłuchać muzyki, obejrzeć alternatywne kino, czy posłuchać poezji. To wynalazek czysto rosyjski i cieszy się tutaj ogromną popularnością. Sklepy również otwarte są tutaj przez całą dobę. W nocy nie można jednak w nich kupić mocnego alkoholu. Oficjalnie. Nieoficjalnie zaś sprzedawca w jednym z marketów wskazuje mi sklep w którym można takie zakupy również nocą zrobić. Naturalnie w drodze wyjątku.

Po tylko dwudniowym pobycie w tym mieście można czuć duży niedosyt. Wiele pozostaje jeszcze do odwiedzenia, m.in carskie rezydencje znajdujące się pod miastem czy niedalekie jezioro Ładoga. Na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę. Czas jednak mnie goni i w poniedziałek rano żegnam się z Yanitą. Jadę w stronę witebskiego dworca kolejowego i wsiadam do pociągu zmierzającego do Tallinna. Po trzygodzinnej jeździe wysiadam w Iwangorodzie na granicy rosyjsko-estońskiej. Mam duże wątpliwości czy to na pewno miejsce, do którego kupiłem bilet. Spodziewałem się stacji w mieście, ta tymczasem jest w szczerym polu, a na horyzoncie nie widać niczego. "Na szczęście" z pomocą przychodzi mi rosyjski pogranicznik. Krzyczy na mnie z daleka i pokazuje, żebym do niego podszedł. Wszystko dlatego, bo wyciągnąłem aparat. Nie wdaję się z nim w dyskusję i wykorzystuję radę daną mi jeszcze przez Wowę w Moskwie. Brzmiała ona następująco. "Jeśli z jakiegokolwiek powodu ktoś z rosyjskich służb zwróci na ciebie uwagę mów po angielsku". Po kilku "I don"t understand" mój rozmówca odpuszcza i wskazuje drogę do miasta. Wcześniej jednak oczywiście sprawdził wykonane przeze mnie zdjęcia.

Po kilkunastu minutach marszu pole wreszcie się kończy, a zaczyna miasto. W radiu słyszę już język estoński. Iwangorod leży na prawym brzegu Narwy, która oddziela go od estońskiego miasta o tej samej nazwie. Przez granicę przechodzę szybko i bezproblemowo. W Narwie nie zostaję długo - od razu zmierzam w stronę drogi wylotowej na Tallinn, do którego jest stąd jakieś 240 km. W przeciwieństwie do białorusko-rosyjskiego odcinka podróży w Krajach Bałtyckich mam zamiar jechać autostopem. Decyduję się na to zachęcony opowieściami autostopowiczów, którzy odwiedzili te kraje właśnie tym sposobem. W Rosji ze względu na duże odległości i utożsamianie autostopu z taksówką nie chciałem ryzykować.

Po kilku minutach "łapania" zatrzymuje się samochód. Poznaję Ksenię, która jest Rosjanką z estońskim paszportem

. Dowiaduje się od niej, że we wschodniej Estonii to coś naturalnego. W samej Narwie Estończycy stanowią zaledwie 5% mieszkańców. Opowiadam jej trochę o Polsce, bo chciałaby odwiedzić nasz kraj. Wymieniamy się kontaktami i żegnamy. 20 km za mną. Na kolejny samochód nie czekam długo. Sytuacja się powtarza. Znowu jadę z estońskim Rosjaninem. Tym razem jednak już do samego Tallinna. Moje szczęście jest tym większe, że mój kierowca oferuje mi podwiezienie do jednego z tallińskich hosteli, bo w stolicy Estonii niestety nie udało mi się znaleźć hosta. Estonia sprawia wrażenie wyludnionego kraju. Jest tu mnóstwo lasów, nie widzę za to w ogóle wsi. Jeśli już pojawiają się jakieś domy to tylko pojedyncze. Mój kierowca uważa, że to ze względu na naturę Estończyków, którzy są narodem skrytym i stroniącym od innych. Jego zdaniem, ma to wpływ również na politykę. Rosjanie mieszkający w Estonii muszą bowiem zasłużyć sobie na uznanie Estończyków. Jemu się udało, niemniej było to trudne zadanie, bo Estończycy jako mały naród widzą w licznej tutaj mniejszości rosyjskiej zagrożenie. Zdaniem mojego rozmówcy zupełnie niesłusznie, bo tutejsi Rosjanie nie chcą wcale przyłączać Estonii do Rosji.

Po zakwaterowaniu się w hostelu wyruszam na spacer po estońskiej stolicy. Pogoda jest co najmniej niezachęcająca.

Stare miasto jest niewielkich rozmiarów. Nie byłem w Skandynawii, ale klimat tutaj sprawia wrażenie północnoeuropejskiego. Na ulicach równie często jak estoński można usłyszeć język rosyjski. Ten pierwszy to dla mnie coś całkowicie niezrozumiałego. Mimo to udaje mi się nauczyć kilku podstawowych zwrotów. Młodzi Estończycy świetnie znają też język angielski, na rosyjski nie reagują. To pewnie przez wysyłanie zapytań na couchsurfingu w języku rosyjskim nie znalazłem tutaj hosta. Abstrahując od tematu językowego, Tallinn robi na mnie pozytywne wrażenie. Widać, że Estończycy bardzo się starają, by wyplenić z historii miasta pamiątki dawnych czasów. Udaje im się to całkiem nieźle.

Rano trochę błądzę zanim wreszcie znajduję miejsce odjazdu mojego autobusu, którym dojadę na koniec miasta. W

estońskiej stolicy nie ma metra i transport miejski opiera się głównie na autobusach. Po kilkunastu minutach jestem już na drodze prowadzącej do Rygi. Wyjmuję tabliczkę z nazwą tej miejscowości i czekam. Po niedługim czasie zatrzymuje się samochód na łotewskich numerach. Jak się okazuje, mój dobroczyńca nie zna rosyjskiego, także nasz dialog jest mocno utrudniony. Mimo to jedziemy w miłej atmosferze aż do samej Rygi. Przed łotewską stolicą dzwonię do Janisa, mojego ryskiego znajomego, z którym poznałem się w czerwcu. Janis podróżował wtedy na rowerze z Łotwy do Francji. Ja tymczasem tym samym środkiem transportu jechałem z Białegostoku do domu. Po chwili rozmowy zaproponowałem mu nocleg, na co z radością przystał. Teraz role się odwróciły. Janis tłumaczy mi, gdzie powinienem dojechać, ale łotewskie nazwy są dla mnie zbyt skomplikowane i oddaję słuchawkę mojemu kierowcy. Tym sposobem wysiadam we właściwym miejscu.

Rydze w przeciwieństwie do Tallinna nie udało się zatuszować niechlubnej przeszłości. Dużo tu sowieckich pamiątek, wiele budynków wymaga też remontu. Stare miasto jest podobne do warszawskiego, niektóre kamienice są nawet łudząco podobne. To pewnie dlatego Ryga była planem zdjęciowym dla filmu "Dzieci Ireny Sendlerowej". Pozytywne wrażenie robi na mnie Dźwina, która jest tutaj bardzo szeroka i odbijając kolory pochmurnego nieba wygląda trochę mrocznie.

Rano dziękuję Janisowi za gościnę i powtarzam rytuał z wczoraj. Jadę autobusem na drogę wylotową w stronę Litwy i

Polski. Odpowiednie miejsce do łapania znajduję bardzo szybko. Mam tabliczkę z napisem "Polska", ujawniam ją jednak tylko gdy widzę samochody na polskich numerach. Tych, jak widziałem już wcześniej, jeździ tutaj bardzo dużo. Do Białegostoku stąd jest ponad 500 km, a tiry pokonują duże trasy, dlatego liczę właśnie na pomoc rodaków. Niestety pozostają niewzruszeni. Udaję mi się jednak pokonać kilkadziesiąt kilometrów w stronę litewskiej granicy z Łotyszami. W mieście Bauska trafiam jednak na Polaka z którym dojeżdżam aż do kraju. Nie było to jednak konwencjonalne "łapanie". Gdy tir stał na światłach pokazałem tabliczkę z kierunkiem swojej podróży i zostałem miło przyjęty - z kierowcą spod Poznania dojechałem aż do Suwałk, a stamtąd do domu było już z górki. Szczęśliwie doczekałem końca mojej wędrówki.

Do tej podróży wracam z wielką satysfakcją. Przez 10 dni przemierzyłem ponad 3 tys. km, odwiedziłem 4 wschodnioeuropejskie stolice, spojrzałem na świat z innej perspektywy. Poznałem wspaniałych ludzi, którym jestem bardzo wdzięczny za okazaną mi pomoc. Dzięki nim, moim rodzicom i znajomym z którymi byłem w ciągłym kontakcie nie był to do końca samotny wyjazd. Udało mi się obalić kilka stereotypów na temat Rosji i mam nadzieję, że dzięki tej relacji chociaż część osób będzie podchodziła z większą otwartością do mieszkańców innych krajów. We wszystkich państwach są bowiem dobrzy i źli ludzie, a wszelkie uogólnienia są po prostu bezzasadne. Wszędzie, gdzie byłem pozostaje jeszcze wiele do zobaczenia. Jak widać z relacji typowo turystyczne obiekty omijałem szerokim łukiem. Nie determinował tego czynnik ekonomiczny, ale przede wszystkim mój sposób na poznawanie nowych miejsc, co według mnie jest trudne z perspektywy muzealnych wnętrz. Z resztą, gdyby naprawdę to mnie interesowało, wykupiłbym wycieczkę z biura podróży. Tego jednak nie chcę robić, bo to zabija radość z podróżowania, które według mnie musi mieć jakąś dozę ryzyka i tajemniczości. Dobrze jest czasem ruszyć w nieznane, bo dzięki temu zwiększa się nasza pewność siebie i cały wyjazd zachowuje głęboki ślad w naszej świadomości. Człowiek wraca z takiej wyprawy troszeczkę innym. W tym miejscu przebiega granica między podróżą, a wycieczką.Na te ostatnie może przyjdzie jeszcze kiedyś czas, gdy nie będę mógł już robić tego, co sprawia mi największą radość. Kolejnego celu jeszcze nie wyznaczyłem, ale sądzę, że też będzie znajdował się na wschodzie. I mam nadzieję, że kolejną relacją również będzie dane mi się podzielić.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo losice.info




Reklama
Najnowsze wiadomości