Święta na wygnaniu – rzecz o Pomorzakach na Ziemi Łosickiej

1
285

Przesiedlenia, okupacja 1939 r., ówczesna nowa rzeczywistość i… Boże Narodzenie, to temat ostatnich dociekań badacza dziejów regionalnych Mariana Czmocha. Od kilku lat zajmuje się m. in. tematem Polaków wysiedlonych z Pomorza i zasiedlonych na terenie Ziemi Łosickiej. W swoim tekście wspomina „Pomorzaków”, którzy znaleźli schronienie u miejscowych rodzin.

Reklama

                      Wigilia w Huszlewie 1942 r. Z lewe - gospodarze Matuszowie, 
                                                    z prawej rodzina Czarnowskich

Święta na wygnaniu

Późna jesień 1939 r. Skończyła się kampania wrześniowa, skończyła się też wędrówka ludów. Zaczęła się powolna „normalizacja” życia w okupowanym kraju. Przesunięta wschodnia granica spowodowała, że Podlasie Południowe stało się strefą przygraniczną – za Bugiem był Związek Radziecki. Okupanci ogłaszali co raz to nowe zarządzenia. Dzieci rozpoczęły naukę w dziwnej szkole, w której nie było historii, geografii, a podstawowym podręcznikiem był „Ster”. Dla rolników wprowadzono obowiązkowe dostawy – kontyngent. Bieda międzywojenna społeczności podlaskiej stała się jeszcze bardziej widoczna. Przeludnienie wsi pogłębiało dodatkowo wszelkie trudności. W małych chatach krytych słomą żyły kilku lub kilkunasto osobowe, wielopokoleniowe rodziny. Do rzadkości należały drewniane podłogi, najczęściej była to ubita glina tzw. polepa. Nie każde gospodarstwo miało własną studnię. Podskórną wodę wyciągano za pomocą żurawi. Na wiejskich stołach mięso pojawiało się tylko kilka razy w roku.

Pod koniec listopada na stacje kolejowe w Mordach, Niemojkach i Platerowie zaczęły przyjeżdżać transporty wypełnione ludźmi z Pomorza. Okoliczni chłopi byli zobowiązani do podstawienia furmanek, a następnie rozwiezienia przybyszów do wsi, niekiedy oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów. Przesiedleńcy początkowo nie bardzo orientowali się gdzie są. Woźnice mówili inną mową, byli zupełnie inaczej ubrani niż mieszkańcy Pomorza, zaprzęgi końskie też były odmienne. Niby ta sama Polska a zupełnie inna. Sołtysi mieli obowiązek rozlokować przybyszów w wiejskich chatach. Tak zaczęła się gehenna przesiedleńców. Należało przystosować się do nowych warunków. Gospodarz miał zapewnić dach nad głową, natomiast wyżywienie spoczywało na kilku rodzinach. Chodzili więc Pomorzacy od domu do domu i zbierali produkty żywnościowe tzw. zsypkę. Najczęściej jednak właściciel zapraszał nowych mieszkańców do wspólnego stołu. Dla przybyszów znów wielkie zaskoczenie; wszyscy domownicy jedli drewnianymi łyżkami z jednej miski. Pierwsze miesiące na nowym miejscu były najtrudniejsze. Brak łóżek, pościeli, miejsc do siedzenia. Pierwszym posłaniem zazwyczaj był snopek słomy rozłożony na glinianej podłodze. Dramatem była również rozłąka rodzin. Rodziny wielodzietne mieszkały niejednokrotnie u kilku gospodarzy.

Najtrudniejsze dla przybyszów były pierwsze święta Bożego Narodzenia. To przecież tylko miesiąc od wypędzenia z własnych domów – z Kaszub. Radość świąt przeplatała się ze smutkiem i tęsknotą za rodzinnymi stronami, rodziną. Dla Pomorzaków skromne świętowanie na Podlasiu było tym bardziej przykre, że przyzwyczajeni byli do świętowania „na bogato”. Zdecydowana większość z nich należała bowiem do osób zamożnych. Byli to bogaci chłopi, sklepikarze, inteligencja, księża, drobni przedsiębiorcy. Biedni mieszkańcy zostali na Pomorzu i stanowili tanią siłę roboczą dla nowych właścicieli.

Mimo tych uwarunkowań święta przygotowywano na miarę możliwości. Tradycyjnie sprzątano chaty, polepy wysypywano żółtym piaskiem, pieczono ciasta, robiono wędliny. W domach ubierano drzewka choinkowe lub skromne stroiki. W wieczór wigilijny wszyscy domownicy dzielili się opłatkiem, wspólnie zasiadali do wieczerzy, a w miejscowościach gdzie był kościół uczestniczyli w pasterce. W tych dniach koszmar wojny schodził na plan dalszy. Na stołach pojawiały się potrawy takie jak w okresie przedwojennym. Należy podkreślić, że wrażenia tamtych dni wśród wysiedleńców zależały od sytuacji materialnej gospodarza. Trochę inaczej wspominają święta Pomorzacy mieszkający u bogatszych gospodarzy, a inaczej ci, którym było dane świętować wśród biedoty wiejskiej.

Sobieski Stanisław z Niemojek.
„U nas mieszkał Wilma Józef z Kościerzyny. Pracował w piekarni, trochę pomagał w gospodarstwie – pamiętam, że razem z ojcem młócili cepem zboże. Wigilię i Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy razem. Siadaliśmy wszyscy do jednego stołu. Wigilia była bardzo skromna; na stole byłe śledzie, ryby z własnych sadzawek, kluski z makiem, pierogi z kapustą i grzybami. Wieczorem wspólnie śpiewaliśmy kolędy. W Boże Narodzenie było mięso. Świnię zabijano po kryjomu. Każdy prosiak był zakolczykowany i miał być oddany Niemcom. Ojciec z Pomorzakiem zdejmowali kolczyk i zakładali dla innego prosiaka, taki tucznik rósł i dwa lata.”

Chwedoruk Władysław z Próchenek.  
„Święta spędzaliśmy wspólnie. Chodziliśmy razem na pasterkę. Pomorzacy wyróżnili się wśród miejscowej społeczności strojem, widać to było szczególnie w kościele. Miejscowi chodzili w kożuchach a przybysze w jesionkach, kobiety w futrach, paltach z kołnierzami z lisa lub innego zwierzęcia. Na początku trochę się dziwiliśmy ich mowy, niby polska ale trochę inna. Wszyscy razem zasiadaliśmy do stołu, każdy jadł to co było.”

Małgorzata (Nagórska) Aszyk z Sztofrowej Huty (obecnie Malbork). Rodzina Nagórskich (pięć osób: rodzice – Jan i Joanna, syn Józef oraz córki Wanda i Małgorzata) mieszkała u Franczuków w Platerowie. W drugim pokoju mieszkała rodzina ze Skarszew (Piątkowscy).
„W Wigilię wszyscy dzielili się opłatkiem i składali sobie życzenia. Później była wspólna wieczerza. Cała rodzina była na pasterce.”

Rolbiecka Helena z ojcem z Kościerzyny mieszkali u Bronisława Chaleckiego w Kopcacch. W marcu 1940 r. wyjechali do Bedlna k/Radzynia Podlaskiego. Fragment pamiętnika.

 

                             W marcu 1940 r. H. Rolbiecka przeniosła się do Bedlna

„Sobota, 23 grudnia 1939
Od samego rana ze łzami w oczach przygotowuję się do pieczenia skromnego placka drożdżowego. Nasza gospodyni piecze tutejsze cuda. Upiekłam placek drożdżowy, mały torcik i parę ciastek, wszystko się udało, choć skromne, ale zdaje się, że to bogactwo. Mój Boże, co było w domu. Smutek mnie opanowuje.
Niedziela, 24 grudnia 1939
Wigilia, jaka inna, wojenna i smutna. Idę na mszę św. Nie ma takiej wesołości i ozdób jak u nas, wszystko ubogie. Cały dzień jestem smutna i myślami przy rodzinie i przy rodzinnym stole. Nie ma naszej pięknej choinki. Gwiazdka na wygnaniu. Gospodyni przygotowuje do wieczerzy wigilijnej. (…) Po podzieleniu się opłatkiem z gospodarzami zasiedliśmy do wigilijnej kolacji. Najpierw wypiliśmy za zdrowie po szklance „samogonki”, potem śledź w occie, karpie w zupie, poczem smażone, na koniec herbatę z sokiem i kilka kolęd. Cały wieczór płakałam, myślami byłam na Pomorzu w gronie swoich. Pasterki nie ma, o godz. 23 spać. 
Poniedziałek, 25 grudnia 1939
I dzień świąt. Rano jestem na mszy św. Smutno mi jak jeszcze nigdy, po śniadaniu siedzę w domu i rozmyślam. Nie ma życzeń świątecznych ani listu od rodziny.”

 

Marianna Mielewczyk (Blog) ze Starogardu Gdańskiego. Rodzice pochodzili z miejscowości Szpon. Marianna Blog była pierwszym dzieckiem urodzonym na Podlasiu – 14.01.1940 r.  W 1940 r. wyjechali do Niepokalanowa.
„Nasza rodzina mieszkała u państwa Romaniuków w Próchenkach. Święta Bożego Narodzenia spędzali razem z gospodarzami. Na Wigilię gospodarze ubierali się odświętnie. Ubrania były wykonane z wełny i lnu (samodziałki). Gospodyni zakładała samodzielnie zrobioną białą lnianą bluzkę, wełnianą  spódnicę i długi lniany fartuch zakończony koronkami. (Ten ubiór podarowała mi moja chrzestna – Anna Romaniuk – i posiadam go do dnia dzisiejszego). Było wspólne dzielenie się opłatkiem, wspólna wieczerza wigilijna. Na stole były śledzie, ryby, potrawy z kapusty i grzybów. Moja mama ugotowała zupę z owoców suszonych i klusek, mówiliśmy na to brzadowa zupa (kasz. brzödowa zupa). Po wieczerzy było wspólne śpiewanie kolęd. Nie wszystkie kolędy śpiewane przez naszych rodziców były znane na Podlasiu. Na Boże Narodzenie było mięso, wędlina i ciasto. Potrawy wszyscy jedli z jednej miski drewnianymi łyżkami. Prawdopodobnie nie było choinki tylko stroik z gałęzi świerkowych.” 

Dominiczakowie z Kościerzyny.
„Rodzinę Dominiczaków przydzielono gospodarzowi, który nazywał się Kołtuniak i mieszkał we wsi Dąbrowa. Drewniana chałupa, tyle że pod blachą, w przeciwieństwie do innych, ze słomianymi strzechami. Stłoczyli się w jednej izbie w dziewięć osób, w kącie na podłodze leżała słoma, na niej rozłożyli swoje koce i prześcieradła i posnęli – jak śledzie w puszce – jeden przy drugim. (…)  Gospodarze to dobrzy ludzie, zapraszają młodsze dzieci Dominiczaków do stołu, na którym stoją miski, jedna z parującymi kartoflami (czasem ze skwarkami), druga z mlekiem, każdy trzyma łyżkę i nabiera po kolei raz ziemniaki, raz mleko.(…)

                Rodzina Dominiczaków - Boże Narodzenie w Kościerzynie przed wojną.

Przed Bożym Narodzeniem sytuacja trochę się poprawia, Staszek sklecił szopkę, dzieci chodzą od chałupy do chałupy śpiewając kolędy, gospodynie dają im a to kawałek chleba, a to kartofle, nawet ciasto się trafiało z marmoladą zrobioną z buraków i dyni.
Mama stara się nie myśleć o Kościerzynie, ale raz po raz przypomina się jej duży okrągły stół przykryty białym obrusem, przy którym siedzi cała rodzina i z apetytem zajada obiad podany przez służącą, Stasiu, nóż trzyma się w prawej ręce, Zosiu, zdejmij łokcie ze stołu – strofuje wnuki babcia. Jest takie zdjęcie zrobione w okolicach Bożego Narodzenia na początku lat trzydziestych – dziewczynki siedzą z wielkimi lalkami, które znalazły pod choinką, wszyscy są zadowoleni i najedzeni, mają uroczyste miny, ot, spokojne święta pomorskiej rodziny.
Rok 1941. W Dąbrowie na Podlasiu Helena Dominiczak stawia czajnik na wiejskim piecu, obok na stercie drewna siedzi Iga. Och, jak dobrze, że był ten piec, gdy ogień buzował, mniej dokuczał głód. Tata uwiecznia tę scenę na fotografii.” [1]

Czarnocka Józefa z Raczyn. 
„W czasie okupacji święta były podobne ja za czasów wolnej Polski. Na Wigilię szykowano potrawy postne: kapusta z grzybami, pierogi z kapustą i grzybami, kompot z suszu, racuchy, śledzie. Były problemy z karpiem. Przed świętami dzieciaki spotykały się i uczyły ról do kolędowania.  W Wigilię dzieci chodziły  z „Pastuszkami” i z „Gwiazdą”. Pomorzaki przed świętami zbierali od gospodarzy „zsypkę” i z tych produktów robili potrawy. Na wieczerzy wigilijnej byli wszyscy razem, wszyscy dzielili się opłatkiem.  O północy młodzież szła na pasterkę do kościoła do Niemojek. Starsi szli na pasterkę o szóstej rano do kościoła do Przesmyk. Na Boże Narodzenie było mięso i wędlina. Gospodarze w stodole po kryjomu zabijali prosiaka, a opalali go w lesie. Tak robiła cała wieś. Kolczyki przekładali jakoś innym prosiakom. Była więc wędlina, kaszanka, pasztet i co tam kobiety zrobiły.”

Soczewka Józef z Warszawy (w czasie wojny mieszkał w Bolestach).
„Wigilia obchodzona była bardzo uroczyście. Moja wielodzietna rodzina była biedna, mieszkaliśmy w małej chatce z ogródkiem. U nas nie było wysiedleńców. Na stole wigilijnym były śledzie, racuchy, kapusta. Trochę ryb pozyskiwaliśmy z rzeki Tocznej oraz od właściciela Rudnika – Pliszki. Ojciec przynosił drzewko sosnowe, które wspólnie ubieraliśmy. Ozdoby choinkowe robione były samodzielnie – papierowe łańcuchy, ozdoby z kartonu i materiału, kilka świeczek. Wieczorem szliśmy na pasterkę. Wysiedleńcy wyróżniali się strojem; kobiety nosiły charakterystyczne chusty , a na rękach miały mufki. Na Boże Narodzenie zabijany był, specjalnie na tą okazję hodowany prosiak. Ponadto na wnyki łapało się kuropatwy i zające.”

Stanisława Garbaczewska z Popław (mieszka w Siedlcach).
„W naszym domu mieszkała Puszkarczuk Tekla z córką Michaliną (ok. 20 letnia) z Nowych Polaszek. Żyliśmy jak rodzina. Na panią Teklę mówiliśmy babcia, a Michalina została matką chrzestną mojej młodszej siostry. Święta spędzaliśmy wspólnie. Około dwóch tygodni przed świętami robiliśmy ozdoby choinkowe ze słomy, papieru, materiału. W domu pojawiała się choinka sosnowa. Ojciec przynosił z lasu drzewko, a my wspólnie je stroiliśmy. Na Wigilii były pierogi z nadzieniem z zasmażanych ziemniaków, kapusta z grzybami, śledzie. Wspólnie składaliśmy sobie życzenia i dzieliliśmy się opłatkiem, a później śpiewaliśmy kolędy. Z sąsiednich wiosek przychodzili kolędnicy, mama zawsze poczęstowała ich ciastem, cukierkami. W nocy szliśmy 3 km na pasterkę do kościoła w Łuzkach. Na święta Bożego Narodzenia było mięso i ciasto. Mama robiła dużo kiełbasy. Sąsiedzi pożyczali sobie wzajemnie ćwiartkę prosiaka. Było dużo ciast, pamiętam przekładańce z masą.”

Wiśniewska Irena Maria (zd. Zwara), córka Antoniego Zwary z Kościerzyny. Mieszkali samodzielnie na posterunku policji w Łysowie.
„Nadeszła Wigilia Bożego Narodzenia 1939 roku. Siedzieliśmy wszyscy w pokoju na słomie. Ojciec wstał, zaczął przemowę. Zamierzał improwizować ten tak uroczysty w normalnych warunkach wieczór wigilijny. Ale nie udało się, musiał skończyć, bowiem mama i ciocie rozpłakały się, a i nam dzieciom, udzieliła się ta bolesna atmosfera. Mimo woli łzy cisnęły się do oczu. Potem przystąpiliśmy do spożywania wieczerzy, a składał się na nią chlebek posypany cukrem i kawa z mlekiem. (…) Jednakże mama z ciocią Basią wtedy właśnie zebrały siły i upiekły z mąki żytniej, wody i cukru, częściowo upalonego, pierniczki w kształcie orzechów włoskich. Podały je na śniadanie w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, sprawiając wszystkim, a zwłaszcza dzieciom, miłą niespodziankę.
(…) Czas biegł, ani się spostrzegliśmy, a już nadeszły Święta Bożego Narodzenia – drugie na wygnaniu. Były nieporównywalnie lepsze niż pierwsze. Przede wszystkim mieliśmy mleko, śmietanę, a czasem nawet krąg sera. Ponadto zarządcy majątków, zwłaszcza z Zaborowa i Nikodemowa podesłali: choinkę, mięso, karpia, woreczek jabłek i pszennej mąki. Mama z ciocią Basią przygotowały świąteczne jedzenie: upiekły ciasto i ciasteczka piernikowe, udusiły mięso i przyrządziły karpia, a z jego łba, ogona i płetw zrobiły zupę.”

Szykarewicz Helena ze Szpak
„Z pobytu Pomorzaków zapamiętałam kolację wigilijną, na którą przygotowali gołąbki z kaszą gryczaną, potrawę u nas nieznaną. Chodzili w drewniakach. To obuwie przyjęło się na wsi. (…) Żyliśmy z nimi w zgodzie. Mieszkali jak wszyscy i jedli to, co wszyscy.

Szymaniuk Jadwiga z Próchenek
„Pani Labudowa często przychodziła do mojej mamy, uczyła robić na drutach. Mama była krawcową i szyła im ubiory.  Pan Labuda śpiewał w kościele, odmawiał różaniec. Był wspaniałym człowiekiem, pracował u gospodarzy, wykonywał różne prace. Za pracę nie brał pieniędzy, tylko zapłatą były produkty spożywcze. Na wigilii u nas było 17 Pomorzaków. Kiedyś mama dała im gęś, aby przyrządzili ją sobie po swojemu.”

*Zwrotu „Pomorzaki” używam świadomie. Na Podlasiu tak określano wysiedleńców.

[1] Barbara Szczepuła – Obca krew. Jaki wpływ na losy rodzin z Pomorza miał berliński profesor Konrad Meyer? Dziennik Bałtycki, 21 września 2012 r.

Marian Czmoch

Reklama
Poprzedni artykułPraca w KrynicaVitamin
Następny artykułŻyczenia od Redakcji

1 KOMENTARZ

  1. W BIernatach Średnich mieszkali deportowani Grabowskiej Huty koło Kościerzyny moi pradziadkowie Moja prababcia Anna Bobrowska z Brylowskich (ur. 1882) była deportowana do Łosic wraz z Mężem Pawłem Bobrowskim (ur. 1877) i synem Leonem. Leon(ur. 1921) został wysłany na roboty na Łuzycach. Dziadkowie zmarli na tyfus. Paweł 27 grudnia 1941 roku a Anna 27 stycznia 1942 roku. Kilkanaście lat temu szukałem grobu na cmentarzu w Łosicach, niestety bezskutecznie.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.