“Pomorzaki” na ziemi łosickiej

2
887

Wysiedlona z Kościerzyny Halina Homerczyk wraz z rodziną, trafiła na Ziemię Łosicką i pomimo, że przeżyła tu chwile grozy, pomimo, że otarła się sześć razy o śmierć i była świadkiem straszliwych scen przy likwidacji getta łosickiego – pokochała to miasto. Łosice już zawsze kojarzyły się jej z nauką na tajnych kompletach, pierwszym miłosnym zauroczeniem, ale niestety też i z trupami, sowieckim szpitalem pełnym ludzkich kończyn, rozprutych brzuchów i „miedsiestrą”, która krzyczała: „Muchi ochaniaj!” Mimo to twierdzi, że był to jej najpiękniejszy okres życia.

Jesień 1939 r. Zakończyła się kampania wrześniowa. Zwycięskie Niemcy rozpoczynają administrowanie na zajętych terenach. Zgodnie z dekretem Adolfa Hitlera z 12 października 1939 r. część z nich – Pomorze, Wielkopolska i Śląsk – zostają włączone do III Rzeszy. Na pozostałych zajętych terenach – Mazowsze, Małopolska, Lubelszczyzna – utworzone zostaje Generalne Gubernatorstwo. Dekret wchodził w życie z dniem 26 października 1939 r. Niemieckie plany w odniesieniu do Pomorza oraz pozostałych „wcielonych ziem wschodnich” streszczały się do trzech słów: *Eindeutschung*, *Entjudung*, *Entpolonisierung*  („zniemczenie”, „odżydzenie”, „odpolonizowanie”). Konkretne zamierzenia w tej dziedzinie znalazły wyraz w dekrecie Adolfa Hitlera z 7 października 1939 r. „O umocnieniu niemczyzny”.

Na jednym z zebrań Hitler stwierdził: „Za dziesięć lat Poznań <https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielkopolska>  i Prusy Zachodnie <https://pl.wikipedia.org/wiki/Prusy_Zachodnie>  staną się już kwitnącą niemiecką krainą”. Realizacja tego projektu postępowała wielotorowo. Już w październiku i listopadzie 1939 r. dokonano masowych egzekucji polskiej inteligencji. Do kwietnia 1940 r. zginęło ok. 30 tys. osób. Następnie zgodnie z prowadzoną polityką czystości rasowej, z terenów wcielonych do Niemiec, zaczynają być usuwani Polacy. W pierwszej kolejności dotyczy to osób, które osiedliły się na Pomorzu po 1918 r. Początkowo (październik – grudzień 1939 r.) były to działania spontaniczne, oddolne nowych lokalnych władz niemieckich. Ale już od 1940 r. była to zorganizowana akcja, nadzór nad nią objął Reichsführer-SS <https://pl.wikipedia.org/wiki/Reichsf%C3%BChrer-SS> Heinrich Himmler <https://pl.wikipedia.org/wiki/Heinrich_Himmler>, którego mianowano w tym celu Komisarzem Rzeszy dla Umocnienia Niemczyzny <https://pl.wikipedia.org/wiki/Reichskommissar_f%C3%BCr_die_Festigung_deutschen_Volkstums>.

Największe wywózki miały miejsce od wiosny 1940 r. do lata 1941 r. Transporty kierowano do Generalnego Gubernatorstwa. Opuszczone miejsca zajmowali niemieccy osadnicy z Litwy, Łotwy i Estonii. Akcja przesiedleń do GG osłabła tuż przed agresją Niemiec na Związek Radziecki. Związane to było z dyslokacja dużej ilości wojsk w strefie przyfrontowej. W wyniku tej działalności do stycznia 1943 r. przesiedlono 121 765 mieszkańców Pomorza, z czego 91 533 deportowano do Generalnego Gubernatorstwa.

Część z wysiedlonych Polaków z Pomorza trafiła na ziemię łosicką. Transporty docierały do Mordów, Niemojek i Platerowa. Przesiedleńcy byli rozlokowywani w Łosicach i okolicznych wsiach. Niezależnie skąd przybyli, określano ich mianem „Pomorzaki”. Na Południowym Podlasiu spędzili cały okres II wojny światowej. Do własnych domów wracali wiosną i latem 1945 r.

A oto historia wysiedlonej z Kościerzyny Haliny Homerczyk, która wraz z rodziną (Antonina Pellowska – babcia, Zofia Homerczyk – matka, Leon i Marian Pellowscy – bracia matki), trafiła na ziemię łosicką. Relacja syna – Macieja Perszewskiego –  mieszkańca Kościerzyny.

To też część historii Łosic.

Ja dziś tylko naprawdę krótko opowiem jak to było w wypadku naszej rodziny. Moja mama w 1939 r. miała 11 lat.

… Musiał być jakiś przeciek bo prababcia wiedziała, że 22-go rano po nich przyjdą. Wszystko było spakowane: walizki stały, wszyscy przed 6-tą ubrani czekali aż po nich przyjdą. Prababcia jako wielka patriotka przykazała, żeby nie było żadnych płaczów ani jęków, nie wolno im dać pokazać słabości. Przyszło trzech, punktualnie, byli grzeczni. Moja mama tylko nie wytrzymała i rzuciła się z pięściami na tego głównego. Ale co może małe dziecko. Przytrzymał ją tylko i powiedział: „Nie bój się, wrócicie.” Kazano im się stawić w kościele, tak też się stało. Było tam już dużo ludzi: zawodzenia, płacze, lamenty. Znaleźli sobie kąt od strony Rynku przy ścianie. Długo to trwało. W końcu podjechały ciężarówki i wszystkich wywieźli do Wysina. W Wysinie mieli ich rozstrzelać, kopali sobie groby, mama spytała babcię czy to będzie bolało, babcia odpowiedziała, że nie. Rozkaz cofnięto. Podobno jakiś major austriacki powiedział, że nie będzie strzelał do cywilów, ale jak naprawdę było?

No to do pociągu.
Był to pierwszy z trzech transportów, którymi wieźli mieszkańców Kościerzyny i okolic na wschód – za Warszawę. Pierwszy pociąg był osobowy, później były już tylko towarowe. Wieźli ich trzy dni. Bez jedzenia, picia – tylko to co ktoś miał. Mama miała przewidzenia. Przez okno jadącego pociągu widziała, że ktoś się do niej zbliża z talerzem pełnym jedzenia – była głodna. Dopiero chyba w Warszawie, na postoju, ludzie z zewnątrz wrzucali co się dało. Chyba jakieś siostry zakonne przez okno mamie podały tort i mleko. Zjadła ile się dało i niestety dostała bardzo bolesnych skurczów. Dzięki Bogu w pociągu był też młody lekarz (nazwisko uleciało), który dał mamie zastrzyk rozluźniający. Po trzech dniach jazdy – i nie jazdy, zatrzymali się w końcu na stacji Niemojki około 6 km. od miasteczka Łosice.

Tam czekały już na nich furmanki i gospodarze, u których mieli kwaterować. Moja rodzina trafiła do Maksymiuków we wsi Huszlew. Było bardzo zimno. Pierwszej nocy prababcia, babcia, jej bracia Leon i Marian spali w stodole, a mamę pani Maksymiukowa wzięła pod pierzynę do domu. Później wszystkich rozlokowano po chałupach. Jak się okazało ta zima była najmroźniejszą w poprzednim stuleciu. Właśnie w okolicach Siedlec i Łosic zanotowano wtedy -42 st. C. Mama widziała jak wrony siedzące na dachu nagle martwe z zimna osuwały się po dachu i spadały na ziemię. Maksymiukowie byli ubogimi ludźmi – chałupa co prawda z piecem ale bez podłogi, tylko klepisko, jedzenie z jednej michy drewnianymi łyżkami itd. Mamie się to jednak podobało. Chciała pomagać obierać ziemniaki, ale Maksymiukowa mówiła, że doktorska córka nie powinna tego robić. Nie wiadomo co było z jej mężem, mówiono, że wdowa, podobno jednak był po sowieckiej stronie. Trzech synów jak dęby, używali siarczystych słów, więc ich Maksymiukowa wyganiała z chałupy, czasem znikali też na kilka dni. Na wiosnę prababcia przeniosła się do Siedlec, gdzie mogła doglądać w szpitalu syna Mariana, u którego gruźlica w wojennych warunkach poczyniła duże szkody w płucach i w końcu w listopadzie 1940 roku w wieku 35 lat wuj zmarł, a mama z babcią przeniosły się do Łosic.

Babcia z mamą trafiły nieźle, warunki bytowe były jako takie, choć co jakiś czas trzeba było sprzedać zegarek albo coś z biżuterii aby kupić mąkę. Inni mieli mniej szczęścia i przymierali głodem. Mama trafiła do burmistrza Kaczmarzyka, gdzie zajmowała się 4-ro letnim wtedy synem Waldkiem, ale również była tłumaczką, jako że prawie każdy z Pomorza znał język niemiecki, a burmistrz musiał się z Niemcami dogadywać. Podlasiacy bardzo się dziwili i pytali Pomorzaków: „Co wyście aż tak strasznego tym Niemcom zrobili, że was tu wysiedlili?” Wcześniej Niemcy puścili famę po Podlasiu, że przyjadą tu elementy podejrzane i kryminalne z Pomorza.

Wiele było przygód, wiele razy o włos ocaliła mama życie: gdy przenosiła broń partyzantów przez posterunek żandarmerii, gdy wzięto ją za żydówkę, gdy odmówiła przyniesienia wiadra wody niemieckiemu czołgiście. Mama w sumie sześć razy otarła się o śmierć.

Na tych terenach dość prężnie działała partyzantka i młodzież polska garnęła się do ruchu oporu. Mama jako 14-to letnia dziewczyna przenosiła broń przez posterunek żandarmerii (znała język niemiecki). Któregoś wieczora, a było już po godzinie policyjnej, przemykała się do domu i niestety złapał ją żandarm. Ponieważ mama miała ciemne włosy, żandarm powziął podejrzenie, że mama jest zbiegłą z łosickiego getta żydówką. Za to groziła natychmiastowa śmierć. Mama na to, że nieprawda, że mieszka dwie ulice dalej na ul. Kilińskiego, że żandarm może się przekonać, że mówi prawdę. Poszli więc do domu, żandarm puścił mamę, która szybko wbiegła po schodach na górę i … drzwi były zamknięte! Szarpała za klamkę, waliła w drzwi – babci nie było w domu. Zrezygnowana powoli schodziła po schodach i nagle w wejściowych drzwiach pojawił się ten żandarm, który się przyczaił. Chwycił mamę za rękę i wyszarpał na dwór. Zaczął krzyczeć, że go okłamała, popchnął ją wzdłuż ulicy,  wyjął z kabury pistolet. Mama też krzyczała, że nie, że babcia się spóźni! On chwycił ją jednak i przystawił pistolet do głowy. Mama pomyślała: „no to koniec” i nagle błysk w myślach, nie wiadomo skąd pomyślała: „Matko Boża – rękaw!” Trzy sekundy później zza rogu ulicy wybiegła moja babcia i widząc całą sytuację, krzycząc i tłumacząc zarazem, udało jej się odwieźć żandarma od wystrzału. Trzy sekundy…

Była też świadkiem strasznych scen przy likwidacji łosickiego getta. Nauka na tajnych kompletach, pierwsze miłosne zauroczenie…, znowu trupy i sowiecki szpital pełen ludzkich kończyn, rozprutych brzuchów i „miedsiestra”, która krzyczała: „Muchi ochaniaj!” Mimo to mówi, że był to jej najpiękniejszy okres życia, ciekawe – Jan Nowak-Jeziorański mówił to samo… Młodość. 

Moja mama kochała Łosice, chciała tam zostać. Później zawsze chciała tam pojechać – byliśmy raz w latach 70-tych. Pokazywała mi próg w bramie na podwórko na Kilińskiego, gdzie mieszkały z babcią, chodziliśmy uliczkami, pokazywała gdzie było getto, nie chciała wracać do Kościerzyny. Mama ma w tej chwili 92 lata i demencję, ale Łosice pamięta, bardzo żywo reaguje na sam dźwięk nazwy tego miasta. Do Kościerzyny wróciły jako ostatnie w kwietniu 1945 r.

Pierwszy spacer z koleżanką po mieście, mijane kobiety i dziewczyny… Koleżanka wskazywała – ta zgwałcona, ta, ta, ta również, i ta , i ta…  Ale tu były domy, tu była dalsza egzystencja, no cóż już w zupełnie innych warunkach niż przed wojną.

Wielu co przed 1939 kłaniali się z szacunkiem, nadskakiwali teraz mówili: „Skończyła się sanacja, nie ma już waszych rządów, wnuczka burżuja nie musi pracować!” Mama nie mogła dostać pracy po maturze, bo była wnuczką dr. Pellowskiego (pierwszego honorowego obywatela Kościerzyny po 1920), a mnie nawet w 1966 r., z tego samego powodu, nie chciano przyjąć do przedszkola. Dopiero stanowcza reakcja w obu przypadkach pani Jarosławy Żychlińskiej – kierowniczki apteki mającej duże wpływy w Radzie Narodowej –zniosła owe szykany. No cóż… zaczęło się…. „nowe”.

Zofia i Halina Homerczyk do Kościerzyny dotarły 14.04.1945 r.

Marian Czmoch
Zdjęcia: Maciej Perszewski

Ps. Jeżeli ktoś posiada wiadomości lub dokumenty dotyczące opisanej tematyki, proszę o kontakt: Marian Czmoch tel. 510 666 933, imczlos@gmail.com

Reklama