AKCJA – czyli co się stało w samo południe 20 lipca 1985 roku

13
2498

Dzięki uprzejmości Marka Jerzmana udostępniamy jego reportaż dotyczący wydarzeń z 20 lipca 1985 roku, które rozegrały się w miejscowym parku.

Było upalne, sobotnie popołudnie 20 lipca 1985 r.; park w centrum Łosic zapełnili emeryci, matki z dziećmi i miłośnicy piwa. Nagły przyjazd plutonu ZOMO oznaczał koniec sielanki. Rozpoczęły się gonitwy i pałowanie każdego, kto nie zdążył umknąć.

Najpierw  wpadli do „drewniaka” na rogu ulic 1 Maja i Rynek. W popularnym barze było piwo Żywiec i tłum ludzi. Rozpoczęli legitymowanie. Kto mówił za dużo lub był w stanie wskazującym, dostawał kilka razy pałką i szybko się ewakuował.

Andrzej Duszyński był na tyłach „drewniaka”, na podwórku u „Kucia” Kucewicza i w towarzystwie spokojnie popijał piwo. – Czterech zomowców błyskawicznie przeskoczyło płot i pogonili wszystkich – opowiada pan Andrzej. – Zaliczyłem dwa razy po plecach – wspomina. 

Zomowcy wpadli też do pobliskiego Zajazdu na 1 Maja i w krótkich, żołnierskich słowach wyprosili stałych bywalców. Potem akcja przeniosła się do parku, na skwerek w centrum Łosic. Pojawili się z kilku stron. Podbiegli i wywrócili ławkę na której siedział chłopak z dziewczyną, chłopak oberwał. Po parkowych alejkach jeździł gazik z zomowcami.

Pani Barbara z dzieckiem w wózku uciekła przed gazikiem na trawnik. – Ciebie mi nie szkoda, tylko dziecka! – krzyknął zomowiec.

Pani Ewa była w parku z małym dzieckiem. Siedziała na ławce z koleżankami, młodymi mamami, a gromadka dzieci bawiła się pod nogami. Zapamiętała dokładnie; za młodą kobietą przechodzącą przez park, pobiegło kilku. Jak dostała po plecach, to aż się wygięła. Zaczęła krzyczeć i kląć na zomowca. Uciekła. Jeden podbiegł do ławki pani Ewy, miał dziwne oczy.

– Nas też pan pobije? – zapytała.

– Nie, panie mogą siedzieć.

Bogdan Tarkowski był w sklepie spożywczym i wracał z zakupami. Wszedł już w uliczkę Wąską i nie zauważył, że jedzie za nim gazik. Podjechali blisko, drzwiczki się otworzyły i wychylony zomowiec zamachnął się pałą kilka razy. – Uciekłem do bloku – opowiada Tarkowski.     

W parku zatrzymano Bogdana Stefaniuka „Selera”, który nie posiadał dowodu osobistego. – Ja mieszkam tutaj blisko w sutach – tłumaczył się, pokazując wąską uliczkę między Rynkiem, a Sienkiewicza. Zomowcy poszli ze Stefaniukiem w suty i tak go spałowali, że ledwo doszedł do domu.

W parku oberwał szturmówką Henryk Potiopa, dyrektor szkoły podstawowej  i działacz partyjny. Siedział na ławce z kolegami.

Pobito też emeryta Stanisława Śmieciucha, który przesiadywał na „swojej” ławeczce, naprzeciw własnej lodziarni. Dostał także malutki, sędziwy fotograf Józef Kucewicz „Szpyrka”, który mieszkał na Kilińskiego. Pierwszy raz, gdy wyszedł z wiadrem  po wodę na Rynek i zaskoczony obserwował stróżów prawa. Drugim razem dostał, gdy powrócił na Rynek z aparatem i usiłował fotografować działania zomowców.

Fredek Leszczyński napadnięty w parku przez zomowca, podniósł rower składak, który służył mu za tarczę. Po krótkim starciu, zdołał uciec. Mieczysław Majchrzak, emerytowany milicjant i piekarz Stanisław Duszyński integrujący się przy flaszce, szybko opuścili ławeczkę, znajdując schronienie w kiosku pani Wikty. Na oburzenie i krytyczne uwagi pana Mieczysława, zareagowała małżonka: – Jak jesteś taki bohater, to wyjdź do nich i porozmawiaj.

Marek Dobrowolski widział oddział ZOMO już po akcji. Wyszedł na spacer z chrześniakiem w wózku i na Bialskiej, pod komisariatem, zobaczył cztery gaziki i nyskę. Zomowcy byli jeszcze rozgrzani, opowiadali i gestykulowali.

– Oczy mieli czerwone jak u królików – opowiada Dobrowolski. – Jeden pogroził mi pałką – dodaje.

Akcją plutonu ZOMO kierował por. Janek Sobieszuk „Szuba”, komendant kompanii ZOMO w Grabanowie pod Białą Podlaską. Gdy po akcji zomowcy pojawili się na łosickim komisariacie MO, komendant Bolesław Lewandowski był zaskoczony ich wizytą.

Henryk Potiopa miał robić awanturę zomowcom i pisać skargi do Warszawy, jednak przekonano go, aby dał spokój. Zapytany o zdarzenie sprzed lat, Potiopa odmówił rozmowy. Poszkodowani mieszkańcy nie skarżyli się nikomu.

– Proszę pana, przecież to była władza – tłumaczy starsza pani, świadek tamtych wydarzeń.

Pytanie o bezpośredni powód akcji ZOMO w Łosicach pozostaje otwarte; czy było to zbliżające się komunistyczne święto 22 lipca i chęć wykazania się dowódcy oddziału? Dokumenty IPN poświęcone por. J. Sobieszukowi, nie dają odpowiedzi na to pytanie.

Marek Jerzman

Fot. fotopolska.eu/Petroniusz

Reklama

13 KOMENTARZE

  1. Marku, to był “eksperyment”. Dostali ” prochy” i przywieźli ich na “gościnne występy”, żeby sprawdzić jak to działa. Przynajmniej tak się wtedy o tym “zajściu” mówiło

  2. Pan Jerzman pomylił lata – to było w roku 1982 lub 1983, osobiście widziałem przejazd całej kolumny ZOMO, a o pobiciach w knajpach to wiem a że w parku to nic nie słyszałem.

  3. Uwaga, Uwaga, ….historia lubi sie powtarzac …..
    kiedy juz przejma sady i media.
    pokaza nam co to sa “cnoty niewiescie” …………

  4. chyba na najblizsza Wigilie, dodatkowe nakrycie dla zblakanego wedrowca bedzie zakazane,
    przeciez moze sie okazac, ze zapuka do naszych drzwi jakis potrzebujacy imigrant z rodzina,
    co wtedy zrobimy, my Polacy, Narod na 100% katolicki ?,
    bedziemy musieli wypchnac go na granice bialoruska !!!!!!!
    i co na to nauki Jana Pawla II ?

  5. oni maja doskonale rezultaty broniac nas przed dziecmi-terrorystami !!!!!!
    oczywiscie Pan prezydent tez ma w tym swoj udzial,
    nawet ostatnio uratowal “od zguby” kilka zwierzatek w lesie, nad granica,
    Bravo Panie Prezydencie !!!!!!

  6. opozycja mowi ze nie wolno wywozic dzieci do lasu,
    przeciez pisowcy to prawdziwi chrzescijanie,
    juz nazajutrz wszyscy byli w pierwszych lawkach w kosciele …..
    trudno znalezc bardziej wierzacych !!!

  7. pan premier Morawiecki udzielil wywiadu w Financial Times,
    powiedzial, ze Unia Europejska wypowiada Polsce III wojne swiatowa,
    Powstrzymajmy Wariata zanim bedzie za pozno !!!!!!!!!!

Comments are closed.